sobota, 5 kwietnia 2014

Rozprawa o przyszłości motoryzacji.

Rozmowę tą przeprowadziłem z moim dobrym przyjacielem Tomaszem. Tomasz wrócił z Niemiec, gdzie pracował kilka miesięcy jako serwisant w ASO (Autoryzowany Salon Obsługi aka markowy warsztat). Marki nie podam, bo to tajemnica poliszynela. Wstawcie dowolną nazwę zaczynającą się np. na literę V. Rozmowa oczywiście przeprowadzona była przy piwie z uwagi na fakt,ze najlepiej rozmawia się właśnie przy piwie.
Mogę się powtarzać, z uwagi na fakt, że nadal je spożywam.

- Stary, co ja widziałem w tych Niemczech! - zaczął Tomasz, zwany przez znajomych Szczawiem. - Nie uwierzysz!
- Co cię tak zszokowało? - zapytałem, domyślając się wykładu z mechaniki.
- Jakie oni tam wałki kręcą w tych warsztatach... Nie uwierzysz! Myślałem, że u nas cuda się dzieją, ale tam to już do potęgi!
- Też tak klepią, że z trzech golfów wychodzi pięć?
- Nie no tak to nie, ale te nowe auta to jakaś paranoja. Stary, jednego w serwisie mieliśmy siedemnaście razy... policzyłem to dokładnie bo się zakładaliśmy ile razy nas jeszcze odwiedzi. Wymieniliśmy w nim chyba wszystko co się dało. Od czujnika ABS po blok silnika. W końcu się poddali i wymienili auto na nowe.
- Nieźle, ale co taki szmelc tam jeździ?
- Prawie nowe auto! Z czerwca zeszłego roku. Sami nie wiedzą o co tam chodziło. Po prostu co chwilę jakieś błędy komputer wywalał. Samochód pali, jeździ ale jednocześnie co chwile wywala komunikaty na monitorku i wzywa do serwisu. Niemiec już białej gorączki dostawał pod koniec.
- Może komputer do wymiany?
- Wymienili. Pojawiły się tylko nowe błędy.
- To co się stało?
- Tego nikt nie wie. Odesłali go do fabryki na sprawdzenie, może tam dojdą. Ale wyobraź sobie: wykładasz na furę sto patyków, a ona co dwa tygodnie Cię do serwisu zaprasza.
- Masakra.
- Tak.
- A jak się pracowało tak w ogóle?
- Zajebiście, ogółem profeska, nie to co u nas. Niemiec to jednak ma ordnung.
- Ciekawe że tak ludzie narzekają na te nowe samochody.
- Narzekają bo graty kupują. Na serwisie jak coś z awarią było to z przebiegami powyżej 170-200 tysięcy. Było kilka wyjątków, jak ten od początku zjebany, ale tak to raczej spoko.
- Czekaj, bo się pogubiłem. Najpierw mówisz, że takie przekręty, a teraz, że wszystko w porządku?
- No... Czekaj bo źle zacząłem. Chodziło mi, że jak jest dobrze, to jest dobrze. Ale jak się trafi taka czarna owca to oni tam białej gorączki dostają. W głowach im się nie mieści, że coś może być nie w porządku. Że nowa część im nie działa, albo, że samochód na komputerze jest w porządku, a w rzeczywistości wariuje. Nie wiedzą co robić biedaki. Kłócą się z szefem, z właścicielem, z fabryką. Normalnie jak kij w mrowisko.
- Ah...
- W ogóle to odkryłem cały ten ich spisek. Tą zmowę.
- Jaką znowu zmowę?
- Planowane starzenie się produktu. Nie słyszałeś o tym?
- Obiło mi się o uszy.
- Słuchaj kiedyś z niemcem gadałem o tym. I on mi to wyjaśnił. To nie chodzi o to, ze oni specjalnie robią te blachy cieńsze, silniki mniej wytrzymałe, a elektronikę zawodną. Oni to robią dla tego, ze klienci tego chcą.
- Klienci chcą kupować buble?
- Nie! Właśnie nie. Bo to nie są buble. Te samochody są dobre, tylko, że mają swój obliczony okres trwałości. Jak mleko. Mleko też ma okres przydatności.
- Ale na mleko nie wydajesz rocznej pensji.
- Właśnie tu tkwi sedno! Ich stać, żeby co te 5-10 lat wymienić wóz. Co więcej, przez ten okres powstanie ze dwie nowsze generacje ich ulubionego modelu. Oni tych samochodów i tak by się pozbyli w tym czasie. A więc fabryka doszła do wniosku, że można zaoszczędzić na tym i tamtym aby produkcja była tańsza. Inicjatywa przyszła tu jednak oddolnie.
- Brzmi logicznie. A spisek?
- Ludzie niejako spiskują przeciw sobie. To trochę jak obcinanie gałęzi na której się siedzi. Z jednej strony dla inżyniera nie było by problemem stworzyć samochód, który przejechał by milion kilometrów i służył ze trzydzieści lat. Ale w tym czasie wszystko dookoła zmieniło by się do tego stopnia, że taki produkt jest realnie mało potrzebny. Stał by się przestarzały. A przecież to jest wbrew wszystkiemu.
- Hah, masz rację. Ale do czego to nas doprowadzi?
- To jak z szybką jazdą, kiedyś zapewne wypadniemy na zakręcie.
- Szczerze mówiąc nie spodziewałem się po tobie takich głębokich przemyśleń.
- Odchamiłem się trochę. No i pracowałem z mądrymi ludźmi. Niemcami, ale w porządku byli. Tacy jak my.
- Aha.

środa, 20 listopada 2013

Magia Marketinga

- Wiesz co? - zapytałem swego przyjaciela Łapy znad kufla zimnego piwa.
- Nie wiem... - Odpowiedział z ironicznym uśmieszkiem, gotów na kolejną porcję mych życiowych mądrości. - Co? - dodał kurtuazyjnie.
- Chodzi o to, że ostatnio jakoś tak nieskładnie myślę, piszę, a nawet wypowiadam. Się. Się wypowiadam. nawet.
- Nie zauważyłem. - Skwitował, pociągnąwszy łyk piwa.
- Sam nie wiem co mi jest... myślę o tak wielu rzeczach na raz, myślę za szybko, nie daję sobie czasu na zastanowienie... Albo wprost przeciwnie, zastanawiam się zbyt wolno. Ogólnie strasznie to wszystko takie niepoukładane we mnie ostatnio jest.
- Coś w tym może być... - zastanowił się. - Istotnie z twoich werbalnych przekazów rozumiem coraz mniej.
- Naprawdę? Widziałem, że Tobie to nie umknie! Tylko cholera... bo widzisz wszystko mi zamieszała ta ostatnia książka, którą mi podesłano do recenzji. Konkretniej to znajomy chciał poznać moją opinię.
- A co z nią?
- To publikacja o marketingu.
- To znaczy?
- Tytuł "Magia Marketingu". Jak byś to zinterpretował?
- Cóż... - interpretacja wymagała głębszego namysłu. - Pewnie jakaś kolejna prawda objawiona o niezawodnych zasadach sukcesu...
- Jakbyś to sam napisał! - nie pozwoliłem mu dokończyć zdania, choć zapewne i tak była to już puenta.
- A więc co z nią?
- Po przeczytaniu wstępniaka rzuciłem nią o ścianę.
- Musi być naprawdę intrygująca.
- Słuchaj... - musiałem się głęboko zastanowić, co powiedzieć dalej. - Autor opisuje przypadek pewnej firmy w USA, która dzięki temu, że zaopatrzyła swych pracowników w magnesy przyczepiane do podeszwy buta zaoszczędziła przez rok dwa miliony dolarów na spinaczach biurowych.
Łapę zatkało. Ta informacja spadła na niego jak grom z jasnego nieba, podobnie zresztą jak wcześniej na mnie. Przeprosił w tym momencie i udał się do toalety aby przetrawić ten fakt i najpewniej ulżyć pęcherzowi.
Kiedy wrócił, nie wyglądał jednak na specjalnie poruszonego.
- To najgłupsza rzecz jaką słyszałem w tym roku. - Odpowiedział jak tylko zajął swe miejsce. - Poczyniłem pewne obliczenia i wyszło mi z nich, że aby firma w ogóle wydała te kilka milionów na spinacze to musiała by być chyba ich fabryką. A ponadto koszt zakupu takiego magnesu na pewno byłby ekwiwalentem zakupu przynajmniej 4-5 pudełek spinaczy po 100 sztuk każde. Nie jest możliwe, aby jeden pracownik zgubił pięćset spinaczy w ciągu roku, chyba, że rzucał nimi w plik kartek z nadzieją, ze się same zepną.
Wznieśliśmy toast do tych słów, sam nie ujął bym tego lepiej. W takich chwilach potwierdza się, że ludzie spotykani na naszej drodze nie są przypadkowi. Wypiliśmy i za to.
- Więc czemu jesteś taki niepoukładany, jak sam siebie określiłeś? - Łapa wrócił do pierwotnego wątku dyskusji. - Czy fakt, że ktoś wierzy w takie bzdury Cię niepokoi? Czy może to, że ktoś to wyda? A może dostrzegasz to, że wielu ludzi gotowych jest wcielić podobne pomysły w życie, i to ludzi na stanowiskach kierowniczych?
- Gorzej. Kiedy mówiłem, że rzuciłem nią o ścianę to tak naprawdę nie trafiłem i wyleciała przez okno. Gość molestuje mnie od kilku tygodni o recenzję, a ja nie bardzo mogę mu powiedzieć, że jest debilem.
- Czemu?
- Bo to mój szef ją napisał.
- Ah...

sobota, 26 października 2013

Nie wierzę w konsumpcjonizm.

(Dawnooo nic nie było nowego... Pewnie mi paluszki trochę skostniały z braku treningu pisarskiego.
Oby dało się to czytać ;))


W coś wierzyć trzeba. Nawet ateiści w coś przecież wierzą (naukę, swój intelekt ;)).
Przechadzając się sklepowymi alejkami w jednym z centrów handlowych dopadła mnie nagła refleksja... I nie, że nagle zdałem sobie sprawę jak ten świat jest zakręcony wokół pieniędzy i sposobów na ich wydawanie (każde dziecko przecież o tym wie mniej więcej od lat dziesięciu).
Nawet nie o to chodzi, że wszyscy wokół chcą nam wyszarpać nasze ciężko zarobione pieniądze: od polityków, przez kościół, dostarczycieli niezbędnych do życia usług (internet, telewizja, telefon ;)), żebraków, złodziei, kochanków, rodzinę i producentów takich i owakich. Słowem: praktycznie wszyscy chcą naszych pieniędzy :) Motywy są różne... poza tym, że prawie każdy chce mieć tych pieniędzy coraz więcej.
Nie mam też na myśli całej puli technik manipulacyjnych wpływających na naszą świadomość, podświadomość, nadświadomość i inne mości... Ogółem sprawić aby to, że za coś zapłaciliśmy wywołała w nas radość i spełnienie. Pfu! Sprawić, abyśmy znów kupili coś, co nam jest do niczego nie potrzebne!
Ale ten post nawet nie o tym... Banalnie by było.
Więc do sedna.

Przechadzając się po tym przybytku rzeczy mało ważnych natknąłem się kilkukrotnie na tzw. akcje-degustacje. Co gorsza nikt nie chciał, abym w nich uczestniczył... Smutno mi się zrobiło widząc jak te zacne dziewojki unikają mych łapczywych na ich produkty oczek. Znaczy o prezentowane przez nie rzeczy chodzi. I zapytałem się: dlaczego?
Zacięcia po goleniu?
Znużone spojrzenie?
Cichobiegi?
Nie wiem. Może po prostu nie widziały we mnie kogoś, kto zainteresowany prezentacją będzie. Suma sumarum to co wewnątrz nas często epatuje nieświadomie na zewnątrz.

A ja w konsumpcjonizm nie wierzę :)

piątek, 20 kwietnia 2012

Rehabilitacja

- Boli? - zapytała rehabilitantka, uciskając nadgarstek przy maksymalnym wychyleniu ku górze.
- Nie...
- A teraz? - skierowała dłoń ku dołowi.
- Nie...
- A przy sublimacji? - miała na myśli przedramię, które nie chciało się wyginać do końca.
- Czuję opór, ale nie nazwał bym tego bólem.
- Aha...
Po kilku minutach ćwiczeń manualnych w końcu pacjent zapytał:
- A kiedy będzie boleć?
- To nie powinno boleć.
- Ale jak to?
- Tak to.
- Dziwne, że nie boli...
- Niby czemu?
- Skąd mam wiedzieć, że coś się ruszyło?
- Poczujesz.
- No właśnie, ale jak, skoro nie będzie boleć?
- Jezu, co ty masz z tym bólem. Poczujesz. Po prostu ręka zacznie funkcjonować jak dawniej.
- Ale przecież była unieruchomiona przez dwa miesiące... wszystko tam zastało. Jeżeli coś się ruszy, to powinno boleć...
- Masochistą jesteś?
- Niee... a co?
- Uspokój się. Jak mówię, że nie powinno to nie powinno.
- Ale przecież jak sobie złamałem to bolało, nie?
- Słuchaj, na chłopski rozum to możesz sobie pole zaorać. Wiem co robię, uczę się tego od 7 lat, pomogłam już dziesiątkom pacjentów i zaufaj mi, żaden nie uskarżał się na ból!
- No dobrze już, dobrze... Po prostu to dziwne.
- Sam jesteś dziwny.
- Wiem...

piątek, 23 marca 2012

Coś się ruszy?

To co odróżnia dobrych rzemieślników od dobrych artystów:
Rzemieślnik poszukuje materiału na dzieło: gromadzi, skleca, łata, szlifuje, dorabia, okrasza i w końcu pokazuje.
Artysta nie robi nic konkretnego. Czeka aż pomysł dojrzeje do tego stopnia, że sam wyrywa się na wolność.

Wielkimi czynią umiejętności rzemieślnika połączone z sercem artysty ;)


Taka wieczorna myśl...

czwartek, 23 lutego 2012

Dość.

Mógłbym napisać tu dokładnie to, co chciałbyś/chciałabyś przeczytać. Wpasować się idealnie w panujące trendy. Błyskotliwie wypunktować to, co uważasz za istotne. W przewrotny sposób przedstawić kilka ciekawostek, o których nie miałaś pojęcia.

Ale tego nie zrobię.

Dość tracenia czasu na pierdoły.

Chciałbym przedstawić to, co Ja uważam za istotne.
Nie wiem co z tego wyniknie.
Ale to nieistotne.

Postaram się, aby było ciekawie.