środa, 4 października 2017

Steve Jobs

Książkę wysłuchałem w formie audiobooka, dostępnego jakiś czas temu w promocji na stacjach sieci benzynowej... Długo przybierałem się do tego słuchowiska, głównie z powodu jego długości (ponad 24h!), ale ostatecznie nie żałuję.

Ale od początku.

Jest to biografia Steve'a Jobsa, jednego z największych wizjonerów naszych czasów (co wielokrotnie jest podkreślane ;)), ojca sukcesu Apple oraz ich wynalazków. Przypisuje mu się także liczne inne zasługi, chociaż sama książka nie próbuje gloryfikować bohatera.

Rzekłbym wręcz, że przestawia człowieka jakim był Jobs. Z jego licznymi wadami oraz zaletami. Bez próby wygładzania, czy ukrywania niewygodnych faktów ;)

Dla mnie okazała się szczególnie wartościowa z kilku powodów. Po pierwsze skupia się nie tylko na Jobsie, Apple ( a firma ta to nieodzowna część życia Jobsa), ale także historii doliny krzemowej czy powstania i ewolucji komputerów osobistych aż do lat 90... Liczne anegdoty, opisy i opinie gigantów IT dają niezły obraz całości tego kawału historii rozwoju technologii. Wciąż bliskiego naszemu pokoleniu. Znajdziemy też tutaj odpowiedzi na pewne legendy krążące wśród geeków, wiele odniesień do popkultury amerykańskiej... Ze zdziwieniem odkryłem, że wiele faktów z życia Jobsa użyta była później np. w filmach, książkach czy przedstawiana w formie historii krążących od lat po sieci. Więcej tego niż mógłbym się spodziewać ;)

Poznajemy człowieka jakim był, ale także takiego jakim lubił się kreować. Autor sprawił, że biografia przypomina wszystko to, w co wierzył jej bohater: dobry produkt ;) W tym wypadku szczere i bezkompromisowe przedstawienie nam sylwetki Jobsa chyba nawet z większym naciskiem na cienie niż jasne strony :) Liczne cytaty bohatera, jego rodziny, współpracowników czy pracowników dają spójny obraz tego kim był Jobs. Pozwala także samemu ocenić jakim człowiekiem był: tutaj autor pozostawia dowolność interpretacji, a miejscami widoczna sympatia do bohatera jest zwykle oznaczona czerwoną flagą przez samego autora. Uczciwie.

Idąc dalej jest to biografia niesamowicie obszerna, co z jednej strony pozwala przemycić wiele smaczków... z drugiej jednak momentami nuży (ponad 700 stron!), zwłaszcza, że wielokrotnie podejmowane są te same tematy. Jest to oczywiście poparte innymi okolicznościami, wypowiedziami czy historyjkami. Ja mam jednak mieszane uczucia. Z drugiej strony fanatycy Apple będą wniebowzięci...

Wreszcie zaś jest tak dobrze napisana, że momentalnie zżywamy się z przedstawioną osobą i przynajmniej ja na jej końcu czułem, że razem ze śmiercią bohatera tracę kogoś bliskiego (słuchałem jej przez tydzień czasu, więc pewnie i to dołożyło tutaj swoją cegiełkę ;)). Brawa za warsztat.

Każdy, kto jest pasjonatem nowoczesnych technologii, historii powstania komputerów osobistych czy rewolucji informatycznej znajdzie tutaj coś dla siebie. W odniesieniu do Jobsa, jego firm(y), jego rywali i przyjaciół, którzy tworzyli podwaliny pod dzisiejszy rynek IT. Jest tu także historia człowieka, który na przekór wszystkim dokonuje czegoś niemożliwego (dobrze, że nie wiedział, że to niemożliwe... albo i nie chciał wiedzieć!).


I jeszcze jedno...

Steve Jobs jako człowiek pełen wad, prawdopodobnie i zaburzeń na tle psychologicznym... dokonuje tylu nieprawdopodobnych rzeczy, że gdyby ta historia nie wydarzyła się naprawdę, pewnie nikt by w to nie uwierzył :)

piątek, 1 września 2017

Pięćdziesiąt lat produkcji kombajnów do zbioru zbóż w Płocku 1954-2004

Kombajny serii Bizon po raz kolejny goszczą na blogu :) Tym razem w charakterze recenzji/opisu jednej z nielicznych publikacji na temat fabryki maszyn żniwnych oraz historii stojącej za powstaniem tej wspaniałej maszyny. 


„Pięćdziesiąt lat produkcji kombajnów do zbioru zbóż w Płocku 1954-2004”
Janusz Majchrzak, Jerzy Stefański, Wacław Wojciechowski.
Wyd. Towarzystwo Naukowe Płockie, Płock 2004

Książka podzielona jest na 5 zasadniczych części, z których trzy pierwsze napisane są kolejno przez autorów: 
1. Historia powstania fabryki począwszy od XIX wieku, przez sytuację powojenną, produkcję pierwszych maszyn rolniczych, a później kombajnów... aż po upadek zakładu w zderzeniu z gospodarką wolnorynkową (motyw ten pojawia się wielokrotnie w książce, poruszany na wiele sposobów przez autorów jak i innych pracowników fabryki w części "wspomnieniowej").

2. Rozwój zaplecza technologicznego zakładu wraz z opisem struktur organizacyjnych, kadrowych etc. Rozdział w mojej ocenie szczególnie zainteresowałby inżynierów, techników czy po prostu pasjonatów rozwoju techniki w naszym kraju.

3. Rozdział trzeci to szersza próba opisu oraz zmierzenia się z losem jaki spotkał fabrykę w latach 90, prowadząc do jej ostatecznego upadku, oraz przejęcia "zgliszczy" przez koncern Case New Holland. Opisane rzeczowo kolejne etapy i próby podźwignięcia zakładu z zapaści, Bez zbędnego politykowania (chociaż nie bez wskazania winy w rządzie), oraz nadmiernych emocji. Opis ciekawy zarówno z punktu widzenia historycznego (podobny los spotkał większość naszych dużych zakładów przemysłowych) jak i praktycznego (wskazanie, które działania były skuteczne, które mniej, czego zaniechano...). 

Kolejne rozdziały to wspomnienia pracowników fabryki, podzielone na dłuższą część opisującą ich losy związane bezpośrednio z FMŻ, oraz ostatni rozdział przedstawiający dalsze losy zarówno pracowników jak i części majątku spółki. 

Uzupełnieniem jest kolekcja fotografii oraz bogaty index wymienionych w książce osób (głównie pracowników FMŻ). 




    Pierwsze co rzuca się w oczy, i w sumie nie powinno być żadnym zaskoczeniem po zapoznaniu się z sylwetkami autorów, to styl narracji. Widać, że pisali to inżynierzy :) Oficjalnie jest to monografia, zatem dość oszczędna w opisach, ale bogata w treści. Poza dr J.Stefańskim, który przedstawia nam rys historyczny fabryki, królują na kartach technicy :) Lektura jest jednak bardzo przystępnie napisana i z pewnością nie tylko dla umysłów ścisłych. Sam pomimo, że nie ogarniam tematu zbyt dobrze (wiem co to tokarka ;)), a z produkcją miałem niewiele wspólnego, przeczytałem całość z nieukrywaną przyjemnością. Niemal w każdym zdaniu przebija się zaangażowanie i pasja autorów, duma z pracy oraz osiągnięć zakładu oraz niesamowita droga, jaką przebyli. Dużo uwagi poświęcone jest też załodze, której wkład w fabrykę jest podkreślany na każdym niemal kroku. Obecnie dość egzotyczne myślenie, jak mi się wydaje ;) 
   Dalej mamy dość szczegółowo opisane przygotowania do wdrażania kolejnych produktów fabryki, począwszy od żniwiarek, przez Vistule, aż w końcu Bizony w każdej wersji (Rekord, Gigant, Super, ZO40, wersje eksportowe etc.) i to spoglądając nań z kilku perspektyw! Narracje mieszają się i tą samą historię obserwujemy oczami głównego projektanta, kierownika odlewni, kierownika OBR, dyrektora głównego czy kierownika produkcji... Którzy wiążą z FMŻ losy swego życia na różnych etapach życia fabryki. Daje to szerokie spektrum na całość historii FMŻ. Opisane są zarówno maszyny używane w produkcji, procedury obowiązujące na poszczególnych działach jak i innowacje technologiczne wprowadzane do produktów. Cenne z mojej perspektywy były także opisy życia/pracy w okresie PRLu.

   Historia FMŻ, przez całą ewolucję fabryki, pełna jest zakrętów, momentów przełomowych oraz walki o byt. Równocześnie wielu powodów do dumy dla pracowników. Oto w kraju niemal doszczętnie zniszczonym przez wojnę powstaje z popiołów, rozwija się i odnosi sukcesy nowoczesny zakład produkcyjny. Kombajny zbożowe, w szczególności Bizon, zmieniły obraz polskiej wsi, do dzisiaj królując na polach. Pomimo faktu, że noszono się z zamiarem zakupu licencji zachodniej, a sam Bizon powstawał niejako w konspiracji, po godzinach, tworzony "za darmo" przez pracowników i bez żadnych gwarancji na wdrożenie do produkcji w realiach gospodarki centralnie sterowanej. A jednak powstał i był ogromnym sukcesem. Historia FMŻ i Bizona jest wspaniałą opowieścią o poświęceniu, ryzyku, oddaniu oraz determinacji jej pracowników. W czasach ZSSR udało im się stworzyć polski, zaawansowany produkt niemal od zera, który odniósł sukces w kraju jak i za granicą. O tym jest ta książka. Równocześnie do historii takich zakładów jak FSM czy FSO, toczyła się batalia o polską wieś: jej rozwój i przyszłość. Dla wielu historia nieznana, pominięta, zapomniana... W końcu pojazdem np. FSO czy FSM poruszał się praktycznie każdy czterdziestolatek w tym kraju, do czego Bizona nie sposób porównać. Z drugiej strony, nie ma chyba takiej osoby, które nie wiedziała by czym ten Bizon jest. Tym bardziej boli fakt, że zakład nie przetrwał bolesnego zderzenia z transformacją ustrojową...

   Polecam zatem każdemu, kogo ciekawi rozwój techniki w naszym kraju. Z jakimi przeciwnościami zakład przez te 50 lat musiał się mierzyć, oraz co zadecydowało o tym, że jak napisałem ciut wyżej: każdy w tym kraju wie co to kombajn Bizon :)
 

Errata:
Na ślad tej publikacji trafiłem dzięki bardzo ciekawemu artykułowi w portalu www.konstrukcjeinzynierskie.pl (linki na dole), dotyczącym historii kombajnów z Płocka. Wskutek kolejnego nawrotu choroby bizonowej, musiałem zgłębić temat bardziej. Stąd moje poszukiwania opisywanej publikacji. Po samą książkę, niedostępną w tej chwili w żadnej księgarni, wybrałem się ponad 200 km... do biblioteki w Płocku (niewielki nakład czyni pozycję wyjątkowo trudno dostępną). Mimo to szczerze zachęcam do zgłębienia historii FMŻ. W sieci jest trochę informacji na ten temat... Warto też byłoby napisać do wydawcy, być może pod wpływem zainteresowania zdecydował by się na dodruk książki (napisałem do nich w pierwszej kolejności, licząc na jakieś zachomikowane egzemplarze... niestety bez sukcesu). Opisywany egzemplarz znalazłem w bibliotece i jest szansa, że znajduje się on jeszcze w kilku większych miastach w Polsce. Z tego co wiem istnieje też system wypożyczania zdalnego, w którym biblioteka, która posiada interesującą was pozycję, może wysłać ją do tej waszej.

Osobiście i szczerze polecam.

www:
Artykuły o Bizonie na konstrukcjeinzynierskie.pl 
"30 Lat produkcji kombajnów..." - starszy tekst jednego z autorów, przedsmak tego co znajdziemy w książce. 

PS: 
"Pierwszego września 1971 roku z taśmy montażowej FMŻ zjechała ostatnia Vistula z numerem 19 000, a na taśmę wszedł BIZON. Historyczny moment. Zmiana pokoleń." - 46 lat temu... :)

niedziela, 11 czerwca 2017

Fallout 4

Miałem okazję pograć w tę grę z okazji darmowego weekendu i chociaż było to raptem ~10 h rozgrywki, to myślę, że jako wierny fan serii jestem w stanie ocenić ową produkcję :)

A przynajmniej sobie ponarzekam.

Spodobał mi się motyw przejścia ze świata sprzed do tego po wojnie :) Hibernacja głównego bohatera na 200 lat to coś, czego jeszcze nie było. Podobnie główna oś historii mi, jako rodzicowi, przypadła do gustu i mogłem się wczuć w swoją postać z marszu.
Mógłbym się oczywiście przyczepić, że sam wstęp jest trochę zbyt mało dramatyczny. Moim zdaniem za szybko umieszczono nas w komorze hibernacyjnej, nie pozwalając na dłużej rozkoszować się atmosferą schyłku cywilizacji... Nie zaszkodził by quest czy dwa zanim zostaniemy mrożonką.

Po przebudzeniu już nie jest tak różowo. Wychodzimy na powierzchnię, a tam nasze miasto oprócz tego, że zniszczone, to w prawie nie zmienionej formie. Przez 200 lat :)
Sama obecność mr. handy jest równie niedorzeczna... Wielu także się czepia, że w ciągu godziny otrzymujemy dostęp do PA i walczymy z deathclawem... coś w tym jest. Bo zwykle na ciężkie zabawki trzeba było zapracować.

W tym miejscu przejdźmy do dialogów... znaczy ich sugestii :) Bo inaczej tego nazwać nie można. Zrezygnowano z ambitnej rozrywki na konto rozrywki w filmowym stylu (nasz bohater otrzymuje ponadto głos, co jest również nowością). Całość interakcji jest za to bardziej dynamiczna i otrzymujemy poprawną mimikę postaci, co teoretycznie pozwala lepiej się wczuć w klimat...

Właśnie. Po dość dobrym wstępie, przeciętnym wyjściu z krypty... akcja jakby spowalnia. Dostajemy jeden trop, mogący prowadzić do naszego dziecka, a poza tym serwowane są nam odwracacze uwagi bez większego sensu :) Zadania, które już przerabialiśmy... w nieco innej wersji. Nudno.
Budowa osady wprawdzie daje pewne pole do popisu, ale znów - co to ma do historii? Czemu rodzic, który wczoraj stracił dziecko ma teraz budować chatki na piasku? Czemu?

Przerobienie gry na dynamiczną rozgrywkę przy jednoczesnym spłyceniu fabuły i rozwleczeniu jej we wszystkich możliwych kierunkach - przepis na niestrawność.

Sama konwencja mogła by być w jakimś stopniu strawna, gdyby konsekwentnie trzymać się jednej konwencji... a tutaj twórcy próbowali zrobić nowego fallouta, trzymając się starych schematów, które nie zgrały się z mechanizmami produkcji.
Po New Vegas oczekiwania były duże i fani serii na pewno zadowoleni nie będą.
Zapomniałem wspomnieć o kreacji postaci, która delikatnie mówiąc została potraktowana jak wszystko w tej grze - po macoszemu.

Nie jest to gra, którą można uznać za godnego następcę w cyklu. Może jakiś przyszywany stryjeczny brat?
Potencjał jest, jednak został on koncertowo przerżnięty w jakąś karykaturę RPG :(

Jak gra stanieje, to zapewne zakupię celem dalszych testów. Mam przeto nadzieję, że moje odczucia zmienią się na plus w jakimś stopniu... ;)

niedziela, 23 kwietnia 2017

Patriotyzm Konsumencki

Przypomnijmy post stary jak internet:

Dzień z życia Polaka : Wstaje rano, włącza japońskie radyjko, zakłada amerykańskie spodnie, wietnamski podkoszulek i chińskie tenisówki, po czym z holenderskiej lodówki wyciąga niemieckie piwo. Siada przed koreańskim komputerem i w amerykańskim banku i zleca przelewy za internetowe zakupy w Anglii, po czym wsiada do czeskiego samochodu i jedzie do francuskiego hipermarketu na zakupy. Po uzupełnieniu żarcia w hiszpańskie owoce, belgijski ser i greckie wino wraca do domu. Gotuje obiad na rosyjskim gazie . Na koniec siada na włoskiej kanapie pijąc kolumbijską kawe słodzoną ukraińskim cukrem i... szuka pracy w niemieckiej gazecie - znowu nie ma! Zastanawia się, dlaczego w Polsce nie ma pracy i a jak jest to za 1200???

Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że Polak chciał mieć to, co najlepsze. Jak auto, to niemieckie (dawno i nieprawda), jak elektronikę to japońską (95% produkowane w chinach), jak płytki to włoskie... etc.
Produkty polskie, zwłaszcza z okresu PRL i początków transformacji nie były najwyższych lotów, a już na pewno nie mogły konkurować z zagranicznymi markami, szturmem zdobywającymi nasz rynek agresywnym marketingiem na wszystkich frontach.
Obecnie trend się odwraca. Po pierwsze na zachodzie produkty są zupełnie inne niż na początku lat 90-tych. Nie muszą i często nie służą latami - są projektowane budżetowo, na przetrwanie sezonu/x lat, w czasie których pojawi się nowa wersja/generacja. Technologia z kolei na tyle się rozwinęła, ze tanim sposobem możemy zapewnić sobie funkcjonalność i odrobinę luksusu, która wcześniej była niedostępna z wielu powodów: tutaj podał bym przykład mebli. Obecnie produkowanych ze sklejki, płyt mdf, wiórowych etc które nie wytrzymują próby czasu lub eksploatacji (dzieci, zwierzęta etc.) i w zasadzie są jednorazowe. Mało kto też wymaga od nich tej trwałości. Trendy/moda/dostępność i względna taniość oraz potrzeba zmian sprawiła, że obecnie łapiemy się na to co nowe, modne i na topie.
W międzyczasie polskie firmy nadrobiły dystans po nierównym starcie. Oczywiście te, które przetrwały... Powstało też wiele nowych, które zajęły nisze, znalazły swoich odbiorców i pomału rosną w siłę.
Nasza świadomość też się zmieniła. I miejmy nadzieję, że ten trend będzie wzmacniany wszelkimi możliwymi sposobami.



Sam staram się dawać dobry przykład, kupując np. polskie filtry marki Filtron :) Są może nieco droższe, ale na pewno lepsze. Chociaż auto francuskie (np. Opel Astra jest całkiem polskim samochodem, biorąc pod uwagę ile procent wartości produkcji zostaje u nas), a pozostałe asortymenty zapewne chińskie... to powoli ten trend się odwraca. Stołek z Pepco np. został zastąpiony w kuchni takim od rzemieślnika, z rynku.


czwartek, 30 marca 2017

Portal



Portal jest grą logiczno/przygodową typu FPP - tak bym określił jej definicję. Z naciskiem na logiczną :) Naszą jedyną bronią jest działo potrafiące tworzyć portal/portale, przez które przemieszczamy się po pełnych zadań logicznych komorach testowych. Przygotowanych przez sztuczną inteligencję, celem przetestowania naszej sprawności intelektualnej :)

Dostajemy to opakowane w przedni humor. Wyzwania przed nami stawiane są coraz trudniejsze, a w międzyczasie mamy szansę odkryć drugie dno naszej przygody.
To niepowtarzalna szansa stania się prawdziwym szczurem doświadczalnym! Czy taka rola będzie nam odpowiadać? I czy jest ucieczka z labiryntu kolejnych wyzwań? Wyzwanie czeka na każdego, kto odważy się je podjąć.
Dobra zabawa i niebanalna intryga czeka, aby ją odkryć.

sobota, 18 marca 2017

Stare, dobre gry.

Kontynuując temat poprzedniego posta naszła mnie refleksja, że stare, dobre gry wymagały jednak więcej od gracza.

Odświeżyłem sobie Half-Life'a pod postacią moda Black Mesa (super!) oraz MDK2 HD, jedna z bardziej pociesznych gier, jakie pamiętam.
Obie wydały mi się na swój sposób irytujące po czasie :)
W przypadku HL chodziło o kilka momentów typowo sprawnościowych, gdzie trzeba przejść labirynt ładunków wybuchowych czy unikać pewnych pułapek. W MDK2 mini-gier pobocznych jest jeszcze więcej, a w dodatku co chwila zmieniamy postać i tryb rozrywki.

Kiedyś taka różnorodność cieszyła, była wyznacznikiem opanowania gameowego rzemiosła, dzisiaj, w dobie wąskich specjalizacji i konkretnych gatunków taki misz-masz już nieco irytuje :)

Mówią, że lepsze jest wrogiem dobrego. Czasami nie sposób się z tym nie zgodzić...

wtorek, 28 lutego 2017

Game Nostalgia

Odkurzyłem ostatnio jedną z fajniejszych gier, w jakie przyszło mi zagrać. Z tej okazji pokusiłem się o szersze spektrum tematu... Przedstawiając wam kilka tytułów, które spędzały mi sen z powiek na początku XXI wieku :D
Są to klasyki, z czasów kiedy komputery szturmem wdzierały się pod strzechy, a wielcy developerzy w tej branży byli już po rozgrzewce i zaczynali tworzyć naprawdę świetne gry (z wyścigiem zbrojeń producentów hardware'u w tle). I chociaż brakuje zapewne wielu świetnych serii, od których do dzisiaj odcina się kupony, to myślę że przywoła ona wiele fajnych wspomnień.

Kto nie wie co to Fallout... ten ghoul. Absolutnie mój Top1 elektronicznej rozrywki pomimo czasu, jaki upłynął od jej powstania (1998 r). Absolutnie dzieło geniuszu :) Niezliczone godziny rozrywki i multum opcji na przejście całości. Dorównać może mu jedynie... Fallout 1 :) 



 Kolejna przełomowa gra, mająca wyznawców na całym świecie. W końcu FPP nie polegające na ciągłym zabijaniu coraz silniejszych przeciwników i szukaniem przycisków po mapach :)
Klimat wylewający się z ekranu, wymagająca rozgrywka i intryga będąca esencją końca lat 90 tych.

 Dla odmiany dość prosta, ale niesamowicie satysfakcjonująca strzelanka... W sumie to napierdalajka jak rzekłby Kapitan Bomba. Dynamiczna akcja, różnorodność maszyn do unicestwiania wroga oraz całkiem dobra grafika nawet dzisiaj (choć prosta :)). Cudna ścieżka dźwiękowa.

 

Moja pierwsza wyścigówka, ale wspominam ją głównie ze względu na super soundtrack ;)

Jedna z ciekawszych, choć na obecne czasy prostych, strategii zwanych RTS. Klimat sci-fi lat 80/90. Bardzo ciekawe jednostki, wiele innowacji jak na swoje czasy no i po prostu wciągała na długie godziny. Na uwagę zasługuje fakt, że jest to Polska gra. W dodatku dość dobrze została przyjęta na zachodzie, na dłuuuuugo przed sukcesami "Wiedźmina" ;)
Jedna z pierwszych gier w uniwersum SW jakie przyszło mi ukończyć. Wracałem niejednokrotnie i nadal bawiła. Wymagające i ciekawe misje, rozsądna grafika i klimat starej sagi bijący po oczach. No i całkiem ciekawa strzelanka pomimo upływu lat.
Moje pierwsze spotkanie z konsolami, z japońskimi produkcjami oraz survival-horrorami. Grało się świetnie, chociaż im dalej tym mniej horroru a więcej akcji. Ciekawa historia, umiejętnie budowany klimat oraz znakomite filmiki w grze. Do tego kilka możliwych zakończeń w zależności od naszych wyborów. Cześć druga bardziej action-shooter, ale fabuła daje radę (ah ta wyobraźnia japończyków!).
A to z kolei moja pierwsza i zarazem ostatnia gra online, w którą się zaangażowałem. Niezliczone godziny szlifowania skilla, mecze, pojedynki, nocki w kafejce, klan... Oj działo się :) Poznałem dzięki CSowi kupę fajnych osób oraz dostarczył niezapomnianych emocji. Mimo, że nigdy nie wybiłem się ponad średnią (w pewnym momencie grałem dość dobrze :)), to sprawiała multum frajdy. Potem odpuściłem sobie na dłuższy czas... a kiedy próbowałem wrócić, to już nie było to. Cóż, starzejemy się... Zaczynałem od wersji 1.0 przez 1.3, 1.4, 1.5 aż po nieśmiertelne 1.6 :) Było to w czasach, kiedy rządziła Neostrada, a w CS'a grał każdy, kto miał stałe łącze... Gimby nie znajo!

Na koniec tego osobliwego zestawienia jedna z gier, w których byłem dobry ;) Zawsze wolałem UT od Quake'a :D No i boty na godlike dawały nieźle w kość, co pomogło w znaczny sposób podrasować umiejętności. W tej grze też osiągnąłem swój największy sukces gamingowy, wygrywając szkolny turniej w liceum :)

Za wszystkie moje godziny spędzone przy grach podziękować muszę w szczególności redakcji CD-Action, która to z niesamowitą pasją zajmuje się od lat branżą. Czytałem z wypiekami na lata, zanim pierwszy pecet stanął na moim biurku :)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Pat

Cóż, pomimo sporych ambicji i pokładów weny nie udaje mi się tutaj zbyt często pisać.
Posty też różnią się dość znacznie od siebie zarówno treścią, jak i poziomem. Chwilami nawet na siłę kończę myśl, aby coś opublikować...

C*****a reklama... Ale cóż. Taka je prawda.

Pat a Mat oraz ...a je to! - Czyli po naszemu "Sąsiedzi"

Cytując z wikipedii:
"Film przedstawia dwóch bohaterów stawiających czoło problemom i próbujących je rozwiązać samodzielnie za pomocą prostych narzędzi, co zawsze jest przyczyną jeszcze większych problemów. Mimo wszystko, bohaterowie są zadowoleni z wyniku swojej ciężkiej pracy."


Ciężko byłoby opisać lepiej to co czuję, patrząc na swoje dzieło z pewnego dystansu :)

Ale rozwijając wątek... Sąsiedzi to naprawdę zabawna bajka. Mój syn po obejrzeniu kilku odcinków zapragnął nawet wyremontować mieszkanie, co przy jego wieku (~3,5) oraz zdolnościach niechybnie skończyło by się podobnie do tego, co zwykle obserwujemy w serialu :)

I postępując dalej: w odniesieniu do licznych zapędów remontowo-budowlanych oraz pociągu do majsterkowania bohaterów, metaforą przenosząc na liczne zapędy blogerskie, youtuberskie oraz mentoring takich sąsiadów wśród nas jest wielu. Z jednej strony to pozwala trochę wyrzucić z siebie różnych tkwiących tam złotych myśli, z drugiej na pewno odkurza nam nieco zwoje mózgowe i wreszcie podnosi na duchu/egu/samoocenę ;)

Mi z kolei służy jeszcze do jednego. Obserwując swoje stare wpisy na przestrzeni lat mogę zaobserwować drogę, jaką przeszedłem w poruszanych tematach, sposobie ich opisywania czy wnioskach. Miara rozwoju (wiem, może zbyt górnolotne słowo...), która pozwala lepiej kierować swoimi poczynaniami. 

wtorek, 31 stycznia 2017

Kawa.


Dobra kawa to podstawa :)
Nauczyłem się doceniać ten napój podczas pracy z włochami na kontrakcie. Mieli swój ekspres na kapsułki, które w pewnym momencie były niezłym towarem przetargowym :) Mała czarna (30ml) zapita kubkiem wody... niezła i co najważniejsze: dawała kopa. Potem zakupiono drugi ekspres, robiący kawę bardziej Polską - zwłaszcza objętościowo. I kawa już ze mną została.

Przy nadarzającej się okazji zakupiłem w pewnej sieci własny ekspresik najprostszego typu: kolbowy. Z przygotowaniem kawy jest trochę zabawy, ale jednocześnie lubię ten rytuał i konieczności dopilnowania kilku czynników, aby kawa wyszła jak należy :)

Chętnie odsyłam także do wikipedii, gdzie podano najciekawsze fakty na temat kawy.

Jako barista-amator pojąłem już, że najlepsza kawa to taka ze świeżo zmielonych ziaren (koniecznie w młynku żarnowym... którego niestety nie posiadam :(), oraz zaparzana w temperaturze 90-85 C... w ekspresie zdolnym wytworzyć 9 barów ciśnienia. To oczywiście nie jedyny sposób parzenia kawy, ale popularna u nas zalewajka z kolei jest jedną z najsłabszych metod (w celu uratowania choć cześci aromatu, zaleca się używać świeżo zagotowanej wody - nigdy dwukrotnie gotowanej), a kawy typu instant to chyba najgorsze zło :) (tutaj należy odczekać, aż woda osiągnie około 90-85 stopni przed zalaniem kubka, wtedy mamy syntetyczną namiastkę kawy ;)).
Jak wieści niosą... najsłabsza nawet kawa z ekspresu jest lepsza niż bardzo dobra "zalewajka". I tego się trzymajmy.


W Polsce sprzedaż kawy w formie ziaren dopiero się rozkręca (wciąż króluje mielona - profanacja!). Powstały już pierwsze palarnie kaw - wypalona kawa powinna być skonsumowana w ciągu 2-4 tygodni... im szybciej, tym lepiej!
Rośnie także świadomość konsumentów i coraz więcej wybiera porządną kawę, przyrządzoną zgodnie ze sztuką.
Na pewno spotkaliście się z ekspresami w miejscu pracy, zakładach usługowych czy (banalnie) kawiarniach :) Prz odrobinie samozaparcia i stosunkowo niskich nakładach finansowych (mój ekspres kosztował 229 zł i chociaż nie jest to polecany model, to spełnia swoje zadanie), można cieszyć się znakomitą kawą w domu, kiedy tylko tego zapragniemy.
Jeżeli kawa to tylko 100% Arabica - najbogatszy aromat i smak. Robusta jest biedniejszą odmianą, spotykane są także mieszanki.
Chyba na tyle... jak coś sobie przypomnę to dopiszę :)

niedziela, 29 stycznia 2017

Muzeum Techniki i Przemysłu

Jedno z najciekawszych i najstarszych muzeów w naszym kraju wkrótce zapewne przestanie istnieć. Cel wycieczek szkolnych mojego pokolenia jak i licznych amatorów techniki i nauki jako-takiej. Organizator wielu wystaw i eventów (udało mi się załapać na odpalanie Stratopoloneza! Bez tłumików :)) , oraz świadectwo naszego Polskiego dorobku technicznego, naukowego, przemysłowego oraz innowacji... wkrótce zapewne przestanie istnieć.

Rząd, przypomnijmy ciągle piejący o innowacyjności i polskiej ucieczce z pułapki średniego rozwoju, odrzucił prośbę o dofinansowanie dla muzeum na rok 2016. Kwota skromna, raptem 5 mln złotych za kilkanaście etatów i kilkanaście tysięcy metrów kwadratowych wystaw.

Brak słów.

Wiecie, że MTiP zostało pierwotnie zawarte w projekcie PKiN? ZSSR bardziej troszczyła się o dorobek kraju jak obecni partiiryjoci.

Mam nadzieję, że jednak muzeum w jakiś sposób przetrwa w obecnej lokalizacji. Zmarnować 60 lat pracy dla zachowania naszego dziedzictwa przez partyjne gierki i interesy byłoby czymś, z czym żaden Polak nie powinien się godzić.

czwartek, 26 stycznia 2017

PoTF

Poets of The Fall


Jeden z moich ulubionych zespołów anglojęzycznych, powstały w 2003 roku w Finlandii. Ich styl to mieszanka łagodnego, melodyjnego rocka, gitarowego grania oraz poetyckich tekstów.

Niedawno wydali swoją 7 płytę, a pomimo tego są na naszej ziemi mało znani :) Koncertują głównie na północy i zachodzie Europy, chociaż i w Rosji bywają częstymi gośćmi. Dostać u nas ich oryginalny krążek do niedawna było możliwe tylko na zasadzie wysyłki z Finlandii, obecnie pojawiają się już np. na aukcjach. Nie natknąłem się niestety na ich muzykę w żadnym sklepie.

Ich muzyka to w uproszczeniu poetycki rock, do tego genialny! Pewną barierą do zrozumienia tekstów jest poziom języka, jaki musimy mieć opanowany. Poezję w ojczystym języku czasem ciężko docenić, a co dopiero po angielsku i do tego śpiewaną! Niemniej warto spróbować. Prawdziwe wsłuchiwanie się w krążki, raz za razem odkrywając jakieś nowe odniesienia czy znaczenia poszczególnych słów i metafor... jest tym co tygryski lubią najbardziej.

Z obowiązku wspomnę, że tytuł mojego bloga pochodzi bezpośrednio od tytułu jednego z moich ulubionych utworów (z prywatnej listy wszech czasów ;)) poetów.
A na tych 7 studyjnych krążkach każdy znajdzie coś dla siebie, od łagodnych ballad po ostre, dynamiczne ścieżki podnoszące ciśnienie w układzie :)

Zaproponowałbym do sprawdzenia na początek:
Where do we draw the line
Psychosis
Locking up the sun
More!
3AM
Rogue...

Reszta zależy od preferencji ale gotów jestem zaryzykować, że każdy fan rocka znajdzie w ich dyskografii coś dla siebie :)

piątek, 6 stycznia 2017

Jesteś tym co jesz.

Nie o dietę mi się rozchodzi, a raczej o odniesienie do klasycznego powiedzenia, używanego powszechnie przez dietetyków, trenerów, coachów czy nawet znachorów :)

Jesteś tym co jesz.

Pragnął bym tutaj odnieść się do informacji jako pożywienia oraz naszej psychiki jako jestestwa.

Prawda ta wcale nie będzie mniej aktualna. To jakie informacje przyswajamy każdego dnia wpływa na nasze samopoczucie, obraz świata, podejmowane decyzje czy zdrowie.Mamy tutaj pewne nawyki, odnoszące się do naszego wychowania i zainteresowań, ale też warto nad naszą kulturą umysłową trochę popracować.

Internet (tuby, portale społecznościowe, serwisy informacyjne etc.), telewizję, radio... z mediów najbardziej agresywnie wtłaczających nam gigabajty swoich danych każdego dnia. Po reklamy, bilboardy, plakaty, ulotki czy opakowania działające bardziej pasywnie i podświadomie (jest tego oczywiście więcej). Wszystko to próbuje nas zainteresować, zaszokować, poinformować, zaimponować nam czy nakłonić do określonych decyzji.
Jest tego ogrom. Nierzadko od kiedy otworzymy oczy, aż po błogi sen (w nim odtwarzamy często przekazy z danego dnia!) bombardują nas tysiącami nic nie znaczących rzeczy.

Efekty są różne, jak różni jesteśmy my. Mógłbym wymienić gorszą koncentrację, pamięć, kojarzenie, osłabienia nastroju itd. W zależności co jemy.
Tweety, memy, śmieszne filmiki, paski informacyjne, wiadomości, programy... Informacja jest dzisiaj naprawdę szybko produkowana i dystrybuowana na masową skalę. Co gorsza jej poziom systematycznie spada. Dobra informacja potrzebuje źródeł, ich weryfikacji i potwierdzenia, a to trwa :) Mało kogo stać na taką strategię - większość informacji sprzedaje się na pniu, na gorąco, aby prędzej - przed konkurencją.
Jemy więc to co mamy... a to danie co najwyżej średniej jakości.

Aby nieco odpocząć, dać sobie szansę na przetrwanie czy nie dać się zwariować warto zadbać o swoją główkę.
Książka, zamiast ciągłego śledzenia nowości w smartfonie? Banał, ale naprawdę działa. O ile zdobędziemy się na odwyk od telefonu :)
Wyłączenie wszelkich grających w tle urządzeń.
Dbanie o własną kulturę myśli!
Staranie się unikać bezsensownego siedzenia w sieci.
Preferowanie tradycyjnych form przekazu informacji (gazeta/książka) - które wymagają od nas pewnego skupienia, ale nie są nachalne i nie tłoczą nam wielu bodźców równocześnie.

Na pewno każdy dorzuci coś od siebie. Sami często się łapiemy na czymś, przez co bezpowrotnie tracimy czas, a i tak nie możemy przestać :)

Czemu znów poruszam ten temat? Bo jest mi bliski. Złapałem się na tym, że po ciężkim dniu pracy często moje odstresowanie polega na przeglądaniu śmiesznych obrazków w internecie czy oglądaniu filmików. Niby nic gorszącego, ale równocześnie zatraciłem chęć do ambitniejszej formy rozrywki - jak książka, pisanie bloga czy jakieś czasopismo. Ogółem... odnosząc się do aktywnego wypoczynku jako czasu spędzanego na dworze, w ruchu, warto w podobny sposób dawać wypocząć swej główce - aktywnie.

A jako sposób na długofalowe i skuteczne utrzymanie i podwyższanie naszych zdolności psychicznych: po prostu dbanie o kulturę informacji, jaką przyswajamy.