poniedziałek, 27 maja 2019

Coś więcej.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem maszynę do pisania, jeszcze zanim stałem się posiadaczem komputera (co obawiam się, było jednym z ostatnich tego typu "przypadków" XX wieku), urzekła mnie swoim designem oraz jakością wykonania. Jak wspomniałem we wcześniejszym poście: była to niemiecka Olympia SM3, jedna z najdoskonalszych przenośnych maszyn stworzonych przez człowieka (jak zresztą cała linia SM, ale to 3 i 4 generacja jest najpopularniejsza i ich produkcja przypadła na złoty wiek tych urządzeń).
Każdy mechanizm chodził świetnie w urządzeniu, które miało na owy czas prawie 50 lat. A kiedy moja Olympia poszła w świat, miała lat 64 i nadal działała wzorowo.
Przy obecnym tempie wymiany technologicznej, wydaje się to wręcz abstrakcyjne... Ale też maszyna miała tylko jeden cel... po prostu pisać.


Na zachodzie wciąż wielu profesjonalistów używa maszyn do pisania. Przede wszystkim dlatego, że generalnie pozwala się skupić tylko na tym, do czego została stworzona. I wielu pisarzy ma zwyczaj tworzyć pierwszą wersję swoich tekstów w formie maszynopisu. Pozwala to bez przeszkód wyrzucić z siebie historię, która następnie będzie mogła być edytowana i poprawiana z użyciem nowoczesnych technologii.

Jest jeszcze coś, co powoduje, że są to wyjątkowe wynalazki. Ich ponadczasowość, cena (porównywalna z dzisiejszymi nowoczesnymi komputerami czy smartfonami z najwyższej półki), i użyteczność powodowała, że nie tylko o nie dbano, ale także przez lata taka maszyna częstokroć obrastała w historię.


Tak było i z moją Olympią SM3, którą zakupiłem niedawno od pewnej pani z Warszawy. Zwróciła moją uwagę polskimi znakami, gdyż generalnie nie spotkałem się wcześniej z Olympią SM3 z polską klawiaturą. Ta miała dodatkowo nietypowy jej układ, co widać na zdjęciu (generalnie 99% maszyn sprzedawanych w Polsce miało identyczny układ klawiatury, jak w Łuczniku prezentowanym wcześniej).
Jest to także nieco bogatsza wersja DeLuxe, która charakteryzuje się szyną z tabulatorami na tylnej części wózka - czego nie miała moja niemiecka "siotrzyczka".

Dzięki odrobinie szczęścia oraz woli współpracy pani Ani, udało mi się conieco dowiedzieć o historii egzemplarza nr 647757.

Ten konkretny egzemplarz należał pierwotnie do p. Tadeusza Ilnickiego, polskiego malarza żyjącego w latach 1906-1993, urodzonego na Podolu na Ukrainie.
 
Jego życiorys mógłby posłużyć za kalkę historii państwa Polskiego. Kształcił się w Odessie, aby zostać tam aresztowany podczas czystek Polaków w 1929 r, a następnie skazany na 3 lata gułagu w Archanielsku za organizację polskiego ruchu oporu. Udaje mu się jednak uciec i dostaje się do Francji w 1930, gdzie kontynuuje naukę malarstwa i witraży. W1933 wraca do kraju z uwagi na trudną sytuację finansową i osiada na Wołyniu (u ciotki). Tam pracuje aż do 1939 i rozpoczęcia wojny, aby uciec do Francji, a następnie Anglii: gdzie zaciąga się do I Dywizji Pancernej gen. Maczka. Po wojnie osiada w Anglii i rozwija swoje zamiłowania malarskie.
W 1976 artysta podarował 40 obrazów ze swego dorobku Muzeum Narodowemu w Warszawie, ale jego monograficzna wystawa odbyła się dopiero w 1985 roku.


Pod koniec lat 80. XX wieku Telewizja Polska nakręciła film o artyście pt.: „Człowiek w łódce”.
Po upadku komunizmu w 1989 roku Tadeusz Ilnicki wrócił z emigracji do kraju. Zamieszkał w Warszawie. 
 Maszynę wyprodukowano w roku 1955, a sądząc z Polskich znaków, służyć mogła do pisania korespondencji, wspomnień... oraz opisywania obrazów :)



Przejdźmy dalej.

Nie jestem pewien w którym momencie Olympia została podarowana p. Edmundowi Bronowskiemu (1924-2016), który to był rodziną dla p. Ilnickiego (ich losy zacieśniły się na Wołyniu).
Pan Edmund był związany po wojnie z Kętrzynem i tamtejszą społecznością. Grywał w "objazdowym teatrze" ZNAK, należał do chóru przykościelnego oraz angażował się przez całe swoje życie w liczne wydarzenia kulturalne. Od imprez szkolnych przez aktywność w Towarzystwie Miłośników Kętrzyna, Obronie Cywilnej Kraju, aż po konkursy literackie - gdzie jak sądzę Olympia była wielce pomocnym narzędziem. Z życia zawodowego warto wspomnieć o pracy w Urzędzie Skarbowym, następnie WKU, w którym p. Edmund doszedł do stopnia podpułkownika. Na emeryturze nadal aktywnie uczestniczył w życiu miasta, zostając nawet radnym. Nigdy nie myślał o opuszczeniu Kętrzyna, które to miasto stało się jego małą ojczyzną.

Pan Edmund związany był aktywnie z życiem Kętrzyna aż do późnej starości. Z tego co dowiedziałem się od wnuczki p. Edmunda (która sprzedała mi tę maszynę) pisywał na niej również swoje wspomnienia z Wołynia, wojennej tułaczki oraz inne teksty związane ze swoimi zainteresowaniami.

Oto jak pożegnano go w miejscowej gazecie:

"Można odejść na zawsze, by stale być blisko..." Ks. J.Twardowski Z żalem i smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Śp. Edmunda Bronowskiego Radnego Rady Miejskiej w Kętrzynie w latach 1998-2002 Wieloletniego pracownika Urzędu Miasta Kętrzyn Rodzinie i Bliskim wyrazy szczerego współczucia składają Burmistrz Miasta Krzysztof Hećman, radni Rady Miejskiej w Kętrzynie oraz pracownicy Urzędu Miasta Kętrzyn

Jak widać tak niepozorna, w przeważającej części zapomniana rzecz, może opowiedzieć niejedną historię. Zwłaszcza komuś, kto zatrzyma się, aby posłuchać... :)

środa, 31 października 2018

Predom Łucznik 1301

  Słowo nieprzypadkowe, gdyż Łucznik Radom jest fabryką broni. Konieczność zmiany profilu produkcji wymusiły ciężkie czasy powojenne (chodziło o zakończenie wojny w Wietnamie), kiedy to spadło globalne zapotrzebowanie na broń. Fabryka musiała coś uradzić, zdecydowano się więc na produkcję maszyn do szycia i właśnie maszyn do pisania.
Początkowo pod wspólną marką PREDOM - Zjednoczenie Przemysłu Zmechanizowanego Sprzętu Domowego „Predom”, będącą zjednoczeniem szeregu zakładów ze wspólnym mianownikiem, jakim było powiązanie z przemysłem zbrojeniowym. Aby następnie przeistoczyć się w PREDOM Łucznik, a na końcu w samo "Łucznik". W bogatym wachlarzu produktów PREDOM-u znajdowały się jeszcze urządzenia małego AGD (np. wentylator, młynek do kawy), pralki, projektory kinowe, rowery czy zegary.


  W Łucznik Radom, z uwagi na wcześniejsze powiązania ze szwedzkim Facit -znaną i cenioną marką maszyn do pisania, zdecydowano się na wykupienie licencji i produkcję modeli z rodziny Facit 1620 pod własną marką (wcześniej fabryka produkowała te maszyny dla Szwedów). Tak oto narodził się Predom Łucznik.
  Maszynę wyróżnia przemyślana konstrukcja, solidność i trwałość. Aczkolwiek polski klon zbudowany jest z gorszej jakości materiałów i sprawia wrażenie bardziej toporne. W oczy rzuca się słabsza powłoka lakiernicza, większa waga, twardsza praca i drobne niedoróbki produkcyjne.
Co ciekawe spodnia zaślepka jest wykonana z dykty, co teoretycznie powinno zmniejszyć wagę urządzenia.
 Mój egzemplarz  jest praktycznie nowy, choć wyprodukowany w 1973 roku. Pomijając delikatne otarcie pokrywy przez dźwignię powrotu, powstałe na skutek nieprawidłowego zapakowania przy wysyłce: stan fabryczny. Musiałem poświęcić jej jednak nieco czasu na przeczyszczenie (klawisze chodziły, jakby ktoś je trzymał. Okazało się, że smar zgęstniał przez lata nieużytkowania :)), oraz poprawić blokadę wałka, gdyż nie załapywała prawidłowo. Naklejka producenta też jest trochę krzywo przyklejona, ale na większości egzemplarzy w sieci "wędruje" ona nieznacznie w różne strony... urok PRL :)
Mechanizmy pracują prawidłowo, a wałek sunie z taką lekkością, jakby umieszczony był w powietrzu. Pisze się na niej dobrze, w moim odczuciu lepiej jak na prezentowanej wcześniej Olympii Traveller czy starej Olympii SM3.
Warto zaznaczyć, że Facit 1620 porównywany jest do Hermesa 3000, jednej z najlepszych mechanicznych maszyn do pisania. Predom Łucznik niewiele tu ustępuje pod względem technicznym.
Być może gdyby nie fakt, że rozpoczęcie produkcji w 1970 roku zbiegło się ze schyłkiem popularności maszyn do pisania (zachodnie fabryki zamykały właśnie swoje zakłady), oraz rewolucją technologiczną - komputerami, doczekałyby się jakichś rodzimych patentów czy nowych modeli.
Produkcja trwała do 1990 roku. Łucznik często spotykany był w urzędach, bibliotekach, szkołach, na posterunkach czy w innych instytucjach. Dzielnie służył zastępom urzędników, dziennikarzy i pracowników umysłowych :) Dostępny był także do użytku prywatnego, chociaż istniał rejestr ich użytkowników! (ogólny rejestr maszyn do pisania w czasach PRLowskiej cenzury).

Mam pewność, że i mi dzielnie będzie służyć :)

niedziela, 28 października 2018

Dlaczego Maszyna?

 Jak to mówią: idzie nowe. W moim przypadku jest to wielce wyczekiwana i długo poszukiwana Olympia Traveller. Maszyna do pisania z początku lat 70-tych, znanej i szanowanej firmy niemieckiej. Udało mi się zakupić sztukę zadbaną, gdzie jedynym mankamentem jest stara taśma :) 
Myślę, że wkrótce opiszę nieco dokładniej wrażenia z użytkowania.
Na razie jeden z pierwszych tekstów, jakie popełniłem, który wklejam w oryginale poniżej. Jest to raczej jednorazowa zabawa, gdyż tekst jest średnio wygodny do czytania w formie obrazka. Planuję za to przy pomocy programu OCR digitalizować pisane analogowo myśli i umieszczać je między innymi tutaj. Zatem kolejne wpisy będą zawierać cząstkę tej materialnej otoczki, jaką niewątpliwie posiada tekst tworzony na maszynie do pisania.
Poniżej mały felietonik, dlaczego tak, a nie inaczej :)








środa, 24 października 2018

Maszyna do pisania.

Moja przygoda z maszynopisaniem była dość krótka. Ojciec przywiózł z jakiejś roboty kilka maszyn, prawdopodobnie od gościa, który chciał je wyrzucić. Dość powiedzieć, że były albo zepsute, albo niemieckie :) Niemniej...

Stara Olympia SM3 w zielonym, głębokim kolorze rozbudziła moją wyobraźnię. Była przecudna :) I naprawdę zadbana! Zważywszy, że sprzęt powstawał na przełomie lat 50 i 60-tych to praktycznie nie było widać po niej zużycia. Chromy, lakier, mechanizmy - wszystko wyglądało i działało super. Jedyny problem to niemiecka czcionka :) Ale czy mogło to być jakąś przeszkodą? Wszelkie ogonki i kreseczki zawsze przecież można dorysować. I tak też czyniłem.
Początki były trudne ale i fascynujące. Sama obsługa to już ciekawa sprawa. Wkręcenie kartki, ustawienie tabulatorów, nastawy. Trochę gorzej wspominam bolące palce, które szybko jednak przyzwyczaiły się do "walenia".
Nie liczyło się nawet co tworzyłem, ale jak :) Dopiero rok-dwa później doprosiłem się komputera i stara Olympia wylądowała na regale.
Do maszyn próbowałem powrócić kilkukrotnie. Druga z "wykopków" była elektryczna, jednak z uwagi na popsutą głowicę nie nadawała się do użytku. Potem kupiłem nowoczesny model na allegro, ale taśma szybko się skończyła, a nowych do dzisiaj nie mogę znaleźć :(

Niemniej coś tam zostało... I chyba spróbowało znów wydać jakiś owoc. Oto bowiem czekam na paczkę z Olympią... nowszą, z polskimi znakami etc. Ale szerzej opiszę jak trochę nań popiszę :)

Dzisiaj maszyna do pisania to zapomniany sprzęt. Samo słowo maszyna jest już anachronizmem w stosunku do komputera  (pierw. maszyny liczącej), który wyparł staruszkę dzięki swym niewątpliwym zaletom.

Pokolenia twórców, pisarzy, poetów, tłumaczy, urzędników itd. miało do czynienia z maszynami do pisania. Wielu z pewnością cieszy się z postępu (palce z pewnością), może kilku wspomina z nostalgią stare, ciężkie ale niezawodne maszynki, które dzielnie służyły im przez lata.
Stanisław Lem na przykład nigdy nie przesiadł się na komputer i do końca tworzył na Underwoodzie podarowanym mu przez ojca. Co wydaje się jeszcze bardziej nieprawdopodobne miewał zwyczaj wyrzucać kartki, jeżeli mu się nie podobał efekt końcowy i pisać od nowa. Iście diaboliczna wizja.

Niemniej dla każdego, kto tworzył od końca XIX wieku do początków XXI w. maszyna umożliwiała pisanie szybkie, dokładne (biada kto musiał czasem rozszyfrowywać ręczne gryzmoły) i stosunkowo łatwe w dalszej obróbce. Ponadto nie wymagała prądu i szczególnej obsługi. Dość szybko pojawiły się wersje walizkowe, które bez problemu można było zabrać gdzie dusza zapragnie.
Znamienne jest, że ostatnią fabrykę maszyn do pisania zamknięto w Indiach w 2011 roku (XXI wiek :)) A biorąc pod uwagę, że niektóre egzemplarze z początków ery ich panowania wciąż są w stanie służyć i zachowały się w dobrym stanie, jeszcze długo o nich nie zapomnimy.

Na zachodzie, wraz z modą retro, slow-life etc. wraca moda na maszyny do pisania. Jednym z jej najbardziej znanych propagatorów jest Tom Hanks, jeden z najbardziej znanych aktorów Hollywood. Pasja ta wiąże się nie tylko z kolekcjonowaniem tych sprzętów, ale także grą/apką na smartfony imitującą mechanizm maszyny czy debiutancką książkę autora, w której łącznikiem są właśnie maszyny do pisania, pojawiające się w różnych rolach w każdym z opowiadań składających się na tom.
Cóż, jeżeli listów już nie piszemy, wszelkie pisma nieubłaganie przechodzą na formę elektroniczną, a nasze obcowanie z informacją czy formy twórczości zagarnął komputer/smartfon jest jeszcze sens przejmować się tym wynalazkiem?

Ja się przejąłem. Otóż dlaczego:
Ma swój klimat, wymaga dyscypliny, umiejętności i generalnie "spowalnia działanie" - co mam nadzieję pozwoli mi nieco doszlifować umiejętności. Raczej do wprawek, jakichś niedługich tekstów, postów na bloga... Dla frajdy! No i jest zawsze gotowa do akcji, bezzwłocznie, z ostatnim słowem na wkręconej na wałek kartce. 

Do trzech razy sztuka.

Jest w życiu mężczyzny taki moment, że ma do wyboru jedną z trzech dróg.
Podjąć wyzwanie i udowodnić coś sobie.
Spierdolić.
Urżnąć się.
Cóż. Wybierając to trzecie, przypadkiem zaliczyłem wszystkie. Ale od początku...

Co może myśleć gość przed czterdziestką, z dwójką dzieci, kredytem na mieszkanie na kolejne dwadzieścia, chujową robotą i problemami z siusianiem? Dodając do tego pożycie małżeńskie będące przedmiotem studiów na wydziale paleontologii, auto z poprzedniego wieku i kryzys wieku średniego pukający do drzwi możecie mieć mniej więcej obraz mej egzystencji. A i tak wymieniłem tylko superlatywy.

Kiedy do mnie dotarło, co mnie czeka poszedłem do baru... Ale stwierdziłem, że nie stać mnie na takie luksusy, więc następnie udałem się do dyskontu (marka wiadoma). Zakupiłem półtora litra znamienitego alkoholu po najtańszej cenie. Stamtąd mogłem udać się tylko w jedno miejsce... do garażu.
Zadzwonił bym po kogoś, złapał sąsiada po drodze... ale nic z tych rzeczy nie nastąpiło. Zacząłem więc sam się łoić jak przystało: do lusterka. Włączyłem radio i prześledziłem swe życie od początku... nie było tego wiele, ledwie na ćwiartkę. Cóż począć? Wypominanie... wszystkie okazje, które przegapiłem albo zmarnowałem. Wszystkie złe decyzje... Stare, zdawałoby się zabliźnione rany. Taaak, to pasowało i pół litra strzeliło jak z gwinta. Dopadł mnie marazm. Już nie kontrolowałem niczego, co się ze mną dzieje. Telefon warczał w kieszeni ale miałem to w dupie. Podobnie jak porę dnia, temperaturę, dzień, miesiąc, rok... Ponad litr wódki to nie w kij dmuchał.
Byłem tam gdzie chciałem być: w krainie nibylandii. Niby problemów, niby zawodów, niby siwych włosów.... wszystko było na niby. Za to ja byłem naprawdę. I miałem to wszystko w dupie.
Mało poetycko, ale prawdziwie.
Zacząłem dopijać trzecią butelkę, kiedy znalazłem się w szpitalu...
Co kurwa?
- Gdzie ja jestem? - zapytałem mało wyraźnie jakiejś baby w białym kitlu.
- W szpitalu.
- Kurwa... co? - jej odpowiedź wydała mi się tyleż oczywista, co i mało konkretna. Głowę rozsadzało mi od środka. Miałem nudności, zaburzenia widzenia i cały wachlarz skutków ubocznych przedawkowania alkoholu. Wywracało mi flaki, czułem się otępiały i pobudzony jednocześnie.
- Kładź się pan. Zaraz pana zabiorą.
- Co? Gdzie? - pytania pozostały bez odpowiedzi. - Kurwa... - ogromny bandaż okręcony był wokół mojej lewej dłoni i ręki. - Co to?
- Opatrunek.
- No... - ostatnią rzeczą jaką pamiętam była szyjka butelki w mojej dłoni. Następnie ocknąłem się tutaj. - Ale co się stało?
- Nie wiem, dowie się pan więcej na komendzie.
- Co?
- Proszę leżeć spokojnie aż kroplówka się nie skończy.
- A... - po dłuższej chwili dostrzegłem wężyk z igłą wbity w rękę. Nie czułem, aby było mi lżej.

(i urwał... C.D.N.N ;))

wtorek, 2 stycznia 2018

Zima Stulecia

Lao Che - jeden z najciekawszych zespołów rodzimej sceny ma w swoim dorobku utwór, który niezmiennie napełnia mnie nostalgią.

Zima Stulecia
W czasach, kiedy w zimę było zimno i nawet zdarzał się śnieg (czyli jakiś 2008 :)) byłem na tzw. stażu. Doświadczenie dość pożyteczne i ciekawe. A ponieważ zbiegło się w czasie z licznymi próbami... kontaktów międzypłciowych to i bardzo wesołe. Dość rzec, że było nas ponad dwadzieścioro, w porywach do czterdziestu (wliczając tych, którzy byli przed jak i za mną przyjęci na staż do tej instytucji).
Wtedy poznałem jednego ze swoich przyjaciół, odkryłem 3 program Polskiego Radia oraz wspomniany na początku zespół LAO CHE.

Do dzisiaj wracam do archiwum, gdzie pracowałem. Stosy opasłych teczek, zapach starego papieru, małe radio na parapecie, Trójka włączona bez przerwy i zbliżająca się wielkimi krokami nowa płyta Lao Che, której jednym z singli była właśnie Zima Stulecia. Śnieg padający za oknami, święta, imprezy, nowe znajomości... Słowem studenckie życie, którego nie miałem z uwagi na tryb zaoczny ;)
Również mój najpoważniejszy zryw twórczy był bezpośrednim następstwem owych perypetii. Całą tą sielankę przerwał wypadek, któremu uległem zaraz po stażu. Niczym gruba kreska, za którą zaczyna się prawdziwe życie. I zaczęło się :p Było nawet jeszcze lepiej, chociaż ryzyka i konsekwencje działań były o wiele poważniejsze...

Tak więc: Zima stulecia!

P.s.: w tym roku zapowiadali zimę stulecia już w listopadzie, mamy grudzień i jak na razie za oknem na +, a śnieg widziałem ze trzy razy ;)

środa, 4 października 2017

Steve Jobs

Książkę wysłuchałem w formie audiobooka, dostępnego jakiś czas temu w promocji na stacjach sieci benzynowej... Długo przybierałem się do tego słuchowiska, głównie z powodu jego długości (ponad 24h!), ale ostatecznie nie żałuję.

Ale od początku.

Jest to biografia Steve'a Jobsa, jednego z największych wizjonerów naszych czasów (co wielokrotnie jest podkreślane ;)), ojca sukcesu Apple oraz ich wynalazków. Przypisuje mu się także liczne inne zasługi, chociaż sama książka nie próbuje gloryfikować bohatera.

Rzekłbym wręcz, że przestawia człowieka jakim był Jobs. Z jego licznymi wadami oraz zaletami. Bez próby wygładzania, czy ukrywania niewygodnych faktów ;)

Dla mnie okazała się szczególnie wartościowa z kilku powodów. Po pierwsze skupia się nie tylko na Jobsie, Apple ( a firma ta to nieodzowna część życia Jobsa), ale także historii doliny krzemowej czy powstania i ewolucji komputerów osobistych aż do lat 90... Liczne anegdoty, opisy i opinie gigantów IT dają niezły obraz całości tego kawału historii rozwoju technologii. Wciąż bliskiego naszemu pokoleniu. Znajdziemy też tutaj odpowiedzi na pewne legendy krążące wśród geeków, wiele odniesień do popkultury amerykańskiej... Ze zdziwieniem odkryłem, że wiele faktów z życia Jobsa użyta była później np. w filmach, książkach czy przedstawiana w formie historii krążących od lat po sieci. Więcej tego niż mógłbym się spodziewać ;)

Poznajemy człowieka jakim był, ale także takiego jakim lubił się kreować. Autor sprawił, że biografia przypomina wszystko to, w co wierzył jej bohater: dobry produkt ;) W tym wypadku szczere i bezkompromisowe przedstawienie nam sylwetki Jobsa chyba nawet z większym naciskiem na cienie niż jasne strony :) Liczne cytaty bohatera, jego rodziny, współpracowników czy pracowników dają spójny obraz tego kim był Jobs. Pozwala także samemu ocenić jakim człowiekiem był: tutaj autor pozostawia dowolność interpretacji, a miejscami widoczna sympatia do bohatera jest zwykle oznaczona czerwoną flagą przez samego autora. Uczciwie.

Idąc dalej jest to biografia niesamowicie obszerna, co z jednej strony pozwala przemycić wiele smaczków... z drugiej jednak momentami nuży (ponad 700 stron!), zwłaszcza, że wielokrotnie podejmowane są te same tematy. Jest to oczywiście poparte innymi okolicznościami, wypowiedziami czy historyjkami. Ja mam jednak mieszane uczucia. Z drugiej strony fanatycy Apple będą wniebowzięci...

Wreszcie zaś jest tak dobrze napisana, że momentalnie zżywamy się z przedstawioną osobą i przynajmniej ja na jej końcu czułem, że razem ze śmiercią bohatera tracę kogoś bliskiego (słuchałem jej przez tydzień czasu, więc pewnie i to dołożyło tutaj swoją cegiełkę ;)). Brawa za warsztat.

Każdy, kto jest pasjonatem nowoczesnych technologii, historii powstania komputerów osobistych czy rewolucji informatycznej znajdzie tutaj coś dla siebie. W odniesieniu do Jobsa, jego firm(y), jego rywali i przyjaciół, którzy tworzyli podwaliny pod dzisiejszy rynek IT. Jest tu także historia człowieka, który na przekór wszystkim dokonuje czegoś niemożliwego (dobrze, że nie wiedział, że to niemożliwe... albo i nie chciał wiedzieć!).


I jeszcze jedno...

Steve Jobs jako człowiek pełen wad, prawdopodobnie i zaburzeń na tle psychologicznym... dokonuje tylu nieprawdopodobnych rzeczy, że gdyby ta historia nie wydarzyła się naprawdę, pewnie nikt by w to nie uwierzył :)