Od dzisiaj serce kapitalizmu bije dla mnie w pewnej lokalizacji w Białymstoku.
Znajduje się tam piękna oaza rządzona prawami rynku, świątynia popytu i podaży, ołtarz przedsiębiorczości i relikwia ducha biznesu.
Obok małego, niepozornego, białego domku przy jednej z główniejszych ulic stolicy Podlasia (nie najgłówniejszej, ale też nie jakiejś asfaltowej bocznicy) znajduje się średnich rozmiarów podwórko. Zjeżdżając z ulicy przecinamy chodnik i wąskim wjazdem (niczym wiszący most wolnego rynku nad rwącym potokiem konkurencji) dostajemy się na podwórko. Na owym podwórku, kostką wyłożonym, znalazło się jeszcze miejsce na garaż i dwa budynki gospodarze... w tym jeden piętrowy :) Oprócz tego jakieś drzewko, krzaczek... I palety.
Tutaj zaczyna się właściwa historia.
Całe podwórko zastawione było paletami pełnymi sprzętu: od kosiarek, przez elektronarzędzia, rtv, agd po narzędzia i jakieś większe kartony (ostatni raz widzące słońce w państwie środka kilka tygodni/miesięcy wcześniej)... Szczelnie owinięte streczem różnej maści, z nalepkami najprzeróżniejszego sortu. Tworzące fantazyjne wieże o różnym kształcie, kolorze i rozmiarze. Pomiędzy paletami krzątało się kilku pracowników. Rozcinając jedne palety, owijając inne. Niczym mrówki wykonujące swą pracę ze skanerami i nożykami w dłoniach. Gdzieś pomiędzy tym lasem górowały dwa busy rozmiaru maxi, dwie sterty pustych palet oraz pan manewrujący paleciakiem (zadanie niełatwe, gdyż swój samochód zaparkowałem w jedynym możliwym miejscu - oku tego cyklonu).
Szybkie pytanie do trzeciego gościa, który przemknął mi przed nosem:
- Jest tu jakiś sklep?
- Tam za paletą w lewo - wskazał wieżę przesłaniającą szyld. Widać było trzy ostatnie litery nazwy sklepu.
Ruszyłem wytyczonym szlakiem, uważając aby nie przywalić czubem buta w jakąś paletę. W biurze nie było wcale spokojniej. W przedsionku stery paczek. Głębiej naliczyłem 4 biurka, zawalone warstwami papieru, z których bez trudu udało by się odczytać wiek przedsiębiorstwa. Zagadałem do osoby, która wyglądała na kierownika tego żywiołu. Miał wiedzę i moc, aby dać mi to, po co tutaj przyszedłem: wiertarko-wkrętarkę akumulatorową 18V. Po krótkiej wymianie rzeczowych zdań wydał mi paragon, potem poszukał reszty... Niestety nie miał pełnej sumy w swojej kasie ani w swoim portfelu (cóż za poświęcenie!) i musiał podejść do biurka nieobecnego kolegi. Prawdziwy heroizm tej sytuacji dotrze do wszystkich kiedy dowiedzą się, że ów kierownik chodził o kulach a stopę miał unieruchomioną w zgrabnej, plastikowej szynie. Dokuśtykał do biurka obok i odnalazł brakujący bilon. Następnie skierował mnie do panów na podwórku, którzy na pewno mi pomogą w dalszym etapie konsumpcji.
Tam tez się udałem, podziwiając męstwo i takie codzienne, zwyczajne bohaterstwo tego pana. Praca czyni wolnym.
Na podwórku znów przemknęło mi przed nosem ze trzech gości, którzy pochłonięcie gorączkowym pakowaniem i rozpakowywaniem towaru nie mieli ochoty albo głowy do tego, aby zwrócić na mnie uwagę. W tle nieprzerwanie grała charakterystyczna muzyka: dźwięk rozwijanej i naciąganej folii, pikania urządzeń szczytujących kody kreskowe oraz wymiany krótkich, rzeczowych komunikatów pomiędzy załogą. Uwierzcie mi: pomimo, że 80% tego spektaklu odgrywało się na zewnątrz, czułem się jak we wnętrzu magazynu. Na zewnątrz mogło być od kilkunastu do nawet 20 ludzi. W środku dalsze 5-7. Pracujących równocześnie na powierzchni odpowiadającej może 300 metrów kwadratowych... I oni naprawdę pracowali. Nikt nie palił papierosa, nie wisiał na telefonie, nie podpierał ściany ani nie drapał się po czole. Ciągły ruch. Kolejne, zaprogramowane czynności. Do ogarnięcia mieli (bez przesady!) dwie naczepy sprzętu.
Ostatecznie przechwycił mnie jeden z młodszych pracowników i biorąc ode mnie paragon pognał do jednego z budynków. Przez drzwi dostrzegłem tylko jak znika za stertą paczek, ustawionych niemal pod sam sufit. Stojąc tam chwilę ogarnąłem raz jeszcze to miejsce: tętniące życiem, głośne i chaotyczne.
- U was tak codziennie czy tylko dzisiaj? - nie mogłem nie zadać tego pytania. Będąc wtedy jak i teraz pod wrażeniem tego co zobaczyłem.
Dostałem upragniony towar i odpowiedź:
- Codziennie.
Jeżeli ktoś kiedyś wymyślił pojęcie "Syzyfowy ton" - to byłby to doskonały przykład.
Cofając ostrożnie wąskim podjazdem - istotnie wracałem do naszego świata. Wielkomiejski ruch nie wydawał się już taki dynamiczny. Przechodnie ospale szli chodnikami. Światła od niechcenia przełączały swe barwy... Nawet samochód jakby wolniej wchodził na obroty.
Przez chwilę odwiedziłem inny świat.
Bijące serce kapitalizmu :)
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
poniedziałek, 28 grudnia 2015
Ryby Są Super
Pod iloma polskimi choinkami spoczęła tej gwiazdki ta wspaniała pozycja wydawnicza znanej sieci handlowej nie wie nikt.
Niemniej, po mojej głębokiej analizie egzemplarzy krążących po mojej familii, śmiem twierdzić, że jakieś 90% z obiecanych 2 milionów...
No bo czy nie ma lepszego prezentu, który z jednej strony reprezentował by wielką wartość (wszak, aby go otrzymać trzeba wydać niebagatelną sumę 300 zł) połączoną z pewnym uznaniem w niektórych kręgach (brawurowo przeprowadzona kampania reklamowa LIDLA) oraz de facto niskim nakładem własnym (300 zł, które i tak byśmy przejedli, oraz 1 symboliczny grosz...) no i pięknym wydaniem (jest po prostu ładna). Toż to prezent idealny!
Sieć nawet nie wie jak wielki wkład miała w naszą rodzimą kultuę i ile problemów rozwiązała tego grudnia w polskich domach. Pozytywne odczucia na długo zagoszczą w sercach konsumentów i niechybnie doprowadzą ich ponownie przed oblicze loga z zawadiacko przekrzywioną literką.
Ave!
Errata:
Zdobyty przez nas egzemplarz najpierw miała otrzymać pod choinkę TH. Niestety na ostatniej prostej okazało się, że ową książkę przekazała już wcześniej dla niej w darze ŚM, która to była w posiadaniu aż dwu egzemplarzy. Cały plan legł więc w gruzach... tak mi się przynajmniej wydawało. Zwłaszcza po komentarzu obdarowanej, że właściwie to nic poza ładnymi obrazkami ta książka odkrywczego nie reprezentuje. Później element niespodzianki pod choinką skapitulował pod naporem racjonalizmu... TH dowiedziała się o wszystkim i... oddała książkę ŚM, która to przekazała ją dalej. Ostatecznie więc TH dostała owy tytuł zgodnie z planem od nas... Jednak tuż przed tym wpadłem na pomysł, aby książkę podarować TM, do której jechaliśmy w 1 dzień świąt. Nie doszło to do skutku, ale pomysł był z mojej perspektywy świetny. Sytuacja wyszła jednak na dobre, gdyż sami zostaliśmy obdarowani od TM egzemplarzem. Która to z kolei miała także jeden dla siebie.
Ostatecznie w tej kiepsko opisanej ale naprawdę zabawnej z mojej perspektywy historii znalazło się miejsce dla 5 egzemplarzy.
6 jest w drodze, gdyż mamy już chyba 4 czy 5 hologramów... :p
Jeżeli macie to podzielcie się dwoją historią :)
Niemniej, po mojej głębokiej analizie egzemplarzy krążących po mojej familii, śmiem twierdzić, że jakieś 90% z obiecanych 2 milionów...
No bo czy nie ma lepszego prezentu, który z jednej strony reprezentował by wielką wartość (wszak, aby go otrzymać trzeba wydać niebagatelną sumę 300 zł) połączoną z pewnym uznaniem w niektórych kręgach (brawurowo przeprowadzona kampania reklamowa LIDLA) oraz de facto niskim nakładem własnym (300 zł, które i tak byśmy przejedli, oraz 1 symboliczny grosz...) no i pięknym wydaniem (jest po prostu ładna). Toż to prezent idealny!
Sieć nawet nie wie jak wielki wkład miała w naszą rodzimą kultuę i ile problemów rozwiązała tego grudnia w polskich domach. Pozytywne odczucia na długo zagoszczą w sercach konsumentów i niechybnie doprowadzą ich ponownie przed oblicze loga z zawadiacko przekrzywioną literką.
Ave!
Errata:
Zdobyty przez nas egzemplarz najpierw miała otrzymać pod choinkę TH. Niestety na ostatniej prostej okazało się, że ową książkę przekazała już wcześniej dla niej w darze ŚM, która to była w posiadaniu aż dwu egzemplarzy. Cały plan legł więc w gruzach... tak mi się przynajmniej wydawało. Zwłaszcza po komentarzu obdarowanej, że właściwie to nic poza ładnymi obrazkami ta książka odkrywczego nie reprezentuje. Później element niespodzianki pod choinką skapitulował pod naporem racjonalizmu... TH dowiedziała się o wszystkim i... oddała książkę ŚM, która to przekazała ją dalej. Ostatecznie więc TH dostała owy tytuł zgodnie z planem od nas... Jednak tuż przed tym wpadłem na pomysł, aby książkę podarować TM, do której jechaliśmy w 1 dzień świąt. Nie doszło to do skutku, ale pomysł był z mojej perspektywy świetny. Sytuacja wyszła jednak na dobre, gdyż sami zostaliśmy obdarowani od TM egzemplarzem. Która to z kolei miała także jeden dla siebie.
Ostatecznie w tej kiepsko opisanej ale naprawdę zabawnej z mojej perspektywy historii znalazło się miejsce dla 5 egzemplarzy.
6 jest w drodze, gdyż mamy już chyba 4 czy 5 hologramów... :p
Jeżeli macie to podzielcie się dwoją historią :)
wtorek, 20 października 2015
JA+ ból :)
Brawo.
Tak do końca nie wiem, czemu mnie owe reklamy operatorów telekomunikacyjnych tak drażnią.
Promują egocentryzm, egoizm, płytkość i bylejakość "nowoczesnego życia", które to z rodziną ma niewiele wspólnego, poza życiem pod jednym dachem?
Albo egocentryzm i onanizację werbalną, będącą skutkiem posiadania możliwości zapłacenia za usługę jakiejś konkretnej firmy. Usługę oczywiście niezbędną do nowoczesnego życia oraz niezbicie lepszą od pozostałych...
Pani zabita przez pudełka może gadać (nawet nie rozmawiać, nie konwersować, nie prowadzić dyskusji...) bez końca o byle czym, bo ma taką możliwość (i z której to możliwości będzie korzystać aż do powstania odleżyn, od siedzenia na kanapie). W czym musi familia przyznać jej niezbitą rację!
Jakiś brodacz ma pakiecik usług, który pozwala zdobyć mu przewagę nad innymi na rynku owych usług... i może sobie brawo bić (zupełnie jak mój synek, który zawsze bije sobie brawo po zrobieniu kupy i siku do nocnika).
Eh... Ale są przecież też inne reklamy. Równie wzorcowe dla społeczeństwa, równie bogate w treść...
Czemu w ogóle ktokolwiek przypisuje reklamom funkcje kulturotwórczą?!
No ból...
Zycie bez telewizji jest zdrowe dla ducha i ciała (a'propo: 21 Listopada obchodzony jest Dzień bez Telewizji!)
Tak do końca nie wiem, czemu mnie owe reklamy operatorów telekomunikacyjnych tak drażnią.
Promują egocentryzm, egoizm, płytkość i bylejakość "nowoczesnego życia", które to z rodziną ma niewiele wspólnego, poza życiem pod jednym dachem?
Albo egocentryzm i onanizację werbalną, będącą skutkiem posiadania możliwości zapłacenia za usługę jakiejś konkretnej firmy. Usługę oczywiście niezbędną do nowoczesnego życia oraz niezbicie lepszą od pozostałych...
Pani zabita przez pudełka może gadać (nawet nie rozmawiać, nie konwersować, nie prowadzić dyskusji...) bez końca o byle czym, bo ma taką możliwość (i z której to możliwości będzie korzystać aż do powstania odleżyn, od siedzenia na kanapie). W czym musi familia przyznać jej niezbitą rację!
Jakiś brodacz ma pakiecik usług, który pozwala zdobyć mu przewagę nad innymi na rynku owych usług... i może sobie brawo bić (zupełnie jak mój synek, który zawsze bije sobie brawo po zrobieniu kupy i siku do nocnika).
Eh... Ale są przecież też inne reklamy. Równie wzorcowe dla społeczeństwa, równie bogate w treść...
Czemu w ogóle ktokolwiek przypisuje reklamom funkcje kulturotwórczą?!
No ból...
Zycie bez telewizji jest zdrowe dla ducha i ciała (a'propo: 21 Listopada obchodzony jest Dzień bez Telewizji!)
czwartek, 7 maja 2015
Giganci...
Z racji bycia rodzicem trochę mi się perspektywa zmienia. Wychowanie i te sprawy ;)
Oglądałem ostatnio program "Mali Giganci" i aż mnie zamurowało.
Jury złożone z wytatuowanej gwiazdy rocka, podstarzałego Kuby W. o wyraźnie łagodniejszym usposobieniu niż z tego co pamiętam... i tej trzeciej pani którą kojarzę z ładnej buzi :)
Czepiam się?
Nie pamiętam co to było, chyba rozmowa przed występem. Jury się pyta co dzieci robiły wczoraj... padła odpowiedź, że bawiły w lekarza. Oczywiście salwa śmiechu i aluzje do zabaw w hotelu, zabawy w doktora itp. skojarzenia z seksem (dla dorosłej części publiczności jasne jak cholera :))
Mam nadzieję, że to nie było reżyserowane (o naiwności!). Chociaż biorąc pod uwagę skład ww. jury to zapewne na nic innego nie potrafili by w twórczy sposób odpowiedzieć...
(Pamięta ktoś "Od przedszkola do Opola" i sławne pytanie o imię pupila?)
Następnie był układ taneczny do piosenki...
Oglądałem ostatnio program "Mali Giganci" i aż mnie zamurowało.
Jury złożone z wytatuowanej gwiazdy rocka, podstarzałego Kuby W. o wyraźnie łagodniejszym usposobieniu niż z tego co pamiętam... i tej trzeciej pani którą kojarzę z ładnej buzi :)
Czepiam się?
Nie pamiętam co to było, chyba rozmowa przed występem. Jury się pyta co dzieci robiły wczoraj... padła odpowiedź, że bawiły w lekarza. Oczywiście salwa śmiechu i aluzje do zabaw w hotelu, zabawy w doktora itp. skojarzenia z seksem (dla dorosłej części publiczności jasne jak cholera :))
Mam nadzieję, że to nie było reżyserowane (o naiwności!). Chociaż biorąc pod uwagę skład ww. jury to zapewne na nic innego nie potrafili by w twórczy sposób odpowiedzieć...
(Pamięta ktoś "Od przedszkola do Opola" i sławne pytanie o imię pupila?)
Następnie był układ taneczny do piosenki...
Black Widow - Iggy Azalea FT Rita Ora
Nosz...!
I to dosłownie. W oryginale dwie panie w obcisłych kombinezonach z cyckami na wierzchu w nawiązaniu do Kill Billa rozprawiają się z kimś złym.
Wzorce dla najmłodszych, posiadających jakiś talent :)
Nie potrafię nawet powiedzieć, co sądzę o tym programie. Raczej nic dobrego dla tych dzieci z niego nie wyniknie.
Ostatnio też jest reklama... Oranż? Pani zabita przez pudełka w pewnym znanym serialu reklamuje w niej pakiet multimedialny dla domu. Opieka nad dziećmi sprowadza się do włączenia telewizora/konsoli/tabletu i internetu dla tego wszystkiego aby sama mogła rozłożyć się na kanapie i ładnie pachnieć :)
Nie wiem kto tworzył tą kampanię, ale przykro się robi, że ktoś takie wzorce propaguje jako coś pozytywnego.
Dokąd ten świat zaszedł?
niedziela, 25 stycznia 2015
Demokracja vs Komunizm
Tak jak zwykle: Łapa. Piwo. Rozmowa.
- No wkurwiłem się! Trzy pary jeansów rozjebane przez dwa tygodnie - zacząłem, jak tylko usiedliśmy przy naszym stoliku.
- Ale o co chodzi? - Łapa zapytał przytomnie.
- Nie dalej jak pół roku temu zakupiłem trzy pary spodni. Dwie w markowej sieciówce, jedną w hipermarkecie. I teraz, jedna po drugiej, poprzecierały się w kroczu. Ja pierdolę, co za szajs!
- Może niewłaściwie użytkowałeś?
- Niby jak to miałbym użytkować, kurwa?! Skrojone jak trzeba: nie za ciasne, nie za luźne. Normalnie dreptanie do pracy, do sklepu itp. maratonów przecież w nich nie biegałem! - jednym haustem wytrąbiłem pół szklanki piwa. - Co za szajs sprzedają w tych sklepach. Kiedyś jedne spodnie po kilka lat służyły, a te to koło jeansu nawet pewnie nie leżały.
- To wszystko przez tą demokrację... - wycedził Łapa.
- Ą co ma do tego demokracja?
- No chińska demokracja. Wszystko jest z chin.
- Racja. Tam najtaniej, najszybciej, najbardziej byle jak.
- Otóż to.
- Ale co ma do tego demokracja.
- To, że wszyscy nas jebią jak chcą. Rząd, korporacje, firmy, USA, Rosja, Niemcy... Wszyscy docierają nas na każdym kroku.
- Jak na to patrzę i na te moje spodnie, to nie mogę Ci nie przyznać racji! - dopiłem piwo i ruszyłem po następne., Przy barze, w telewizorze nad regałem z wysokoprocentowymi trunkami, leciał akurat reportaż z Ukrainy. Wiadomości, Fakty czy inne medium. Wróciłem z pełnym szkłem i zacząłem:
- Za komuny nie mieliśmy takich problemów, bo i jeansów nie było! - podkręciłem brawurowo dyskusję.
- Były w pewexie. I to prawdziwe, po 10 latach nie było śladu zużycia, a potem się nogawki użynało i na lato były.
- Ale to demokratyczne jeansy! Zatem to nie demokracja jest problemem.
- A co?
- Ludzie.
- Wiesz, ostatnio też tak mówili przy zmianie ustroju.
- Że niby za komuny było lepiej?
- A gorzej? Człowiek chociaż był człowiekiem. A teraz? Każdy chce Cię wydymać na kasę na każdym kroku.
- Wiesz, są miejsca gdzie komunizm ma się dobrze. W Korei spróbuj.
- Korea to by nasz kraj rozjechała w dwa dni!
- Za daleko są.
- Mają atom! A my co mamy? F-16 bez uzbrojenia. Możemy rzucać w nich kamieniami z kokpitów.
- Naprawdę, to nie ustrój ma znaczenie tutaj. Ludzie są problemem. To ich wina, że jest tak jak jest.
- A zatem co uradzisz?
- Trzeba się gdzieś zapisać. Do jakiejś organizacji paramilitarnej.
- Dobrze radzisz!
Wznieśliśmy toast. Kolejne tematy, jakie zostały poruszone tego wieczoru, nie były już niestety tak porywające ani odkrywcze. Przepraszam.
- No wkurwiłem się! Trzy pary jeansów rozjebane przez dwa tygodnie - zacząłem, jak tylko usiedliśmy przy naszym stoliku.
- Ale o co chodzi? - Łapa zapytał przytomnie.
- Nie dalej jak pół roku temu zakupiłem trzy pary spodni. Dwie w markowej sieciówce, jedną w hipermarkecie. I teraz, jedna po drugiej, poprzecierały się w kroczu. Ja pierdolę, co za szajs!
- Może niewłaściwie użytkowałeś?
- Niby jak to miałbym użytkować, kurwa?! Skrojone jak trzeba: nie za ciasne, nie za luźne. Normalnie dreptanie do pracy, do sklepu itp. maratonów przecież w nich nie biegałem! - jednym haustem wytrąbiłem pół szklanki piwa. - Co za szajs sprzedają w tych sklepach. Kiedyś jedne spodnie po kilka lat służyły, a te to koło jeansu nawet pewnie nie leżały.
- To wszystko przez tą demokrację... - wycedził Łapa.
- Ą co ma do tego demokracja?
- No chińska demokracja. Wszystko jest z chin.
- Racja. Tam najtaniej, najszybciej, najbardziej byle jak.
- Otóż to.
- Ale co ma do tego demokracja.
- To, że wszyscy nas jebią jak chcą. Rząd, korporacje, firmy, USA, Rosja, Niemcy... Wszyscy docierają nas na każdym kroku.
- Jak na to patrzę i na te moje spodnie, to nie mogę Ci nie przyznać racji! - dopiłem piwo i ruszyłem po następne., Przy barze, w telewizorze nad regałem z wysokoprocentowymi trunkami, leciał akurat reportaż z Ukrainy. Wiadomości, Fakty czy inne medium. Wróciłem z pełnym szkłem i zacząłem:
- Za komuny nie mieliśmy takich problemów, bo i jeansów nie było! - podkręciłem brawurowo dyskusję.
- Były w pewexie. I to prawdziwe, po 10 latach nie było śladu zużycia, a potem się nogawki użynało i na lato były.
- Ale to demokratyczne jeansy! Zatem to nie demokracja jest problemem.
- A co?
- Ludzie.
- Wiesz, ostatnio też tak mówili przy zmianie ustroju.
- Że niby za komuny było lepiej?
- A gorzej? Człowiek chociaż był człowiekiem. A teraz? Każdy chce Cię wydymać na kasę na każdym kroku.
- Wiesz, są miejsca gdzie komunizm ma się dobrze. W Korei spróbuj.
- Korea to by nasz kraj rozjechała w dwa dni!
- Za daleko są.
- Mają atom! A my co mamy? F-16 bez uzbrojenia. Możemy rzucać w nich kamieniami z kokpitów.
- Naprawdę, to nie ustrój ma znaczenie tutaj. Ludzie są problemem. To ich wina, że jest tak jak jest.
- A zatem co uradzisz?
- Trzeba się gdzieś zapisać. Do jakiejś organizacji paramilitarnej.
- Dobrze radzisz!
Wznieśliśmy toast. Kolejne tematy, jakie zostały poruszone tego wieczoru, nie były już niestety tak porywające ani odkrywcze. Przepraszam.
sobota, 15 listopada 2014
#jaknieprowadzicbiznesu
Z konieczności musiałem ostatnio odwiedzić myjnię samochodową. Taką kompleksową, gdzie umyją auto wewnątrz i na zewnątrz. Pominę dość długie poszukiwania takowej, bo jak się okazuje większość jest samoobsługowych... Ale trafiłem na jedno miejsce, które wprawiło mnie w konsternację.
Podjeżdżam pod duży warsztat: 7 stanowisk, praktycznie cały zakres obsługi mechanicznej. W tym dwa oznaczone "Myjnia". Wchodzę do biura, tam miły pan informuje, że Myjnia to nie oni i trzeba tam iść i zapukać. Ok, to idę. Pukam ale zamknięte na głucho. Obok pracownik warsztatu trzyma na podnośniku samochód, więc zagaduję czy może ma kontakt do gościa od myjni. Ma.
Dostaję super ulotkę Myjni Samochodowej z profilem na facebooku, hashtagiem itepe. Brakuje wprawdzie kodu QR, ale co się będę czepiał. Nic prostszego, jak tylko zadzwonić i umówić się na usługę. W głowie świta wizja free wifi na terenie myjni, darmowej kawy, najnowszego czasopisma typu Logo, Men's Health czy Hipster z kartonu obok na stoliku itd. No raj dla neo-sapiens.
Dzwonię. Dowiaduję się, że pracownik jest w terenie i że zaraz się z nim skontaktuje. Powinien przyjechać.
Mija kilka min i zjawia się właściciel. Mówi najpierw, że pracownik jest w terenie i że może w ciągu pół godziny przyjechać. Wyjaśniam, że ja muszę mieć ten samochód wyczyszczony teraz, zaraz, jak najszybciej. Gość wyciąga drugi telefon, z którego próbuje dorwać swego padawana od karchera. Ja w międzyczasie pytam o fakturę, bo tej również potrzebuję.
"A może być na poniedziałek?" "Albo pocztą wyślemy"
Nie nie może. W międzyczasie wyciąga trzeci telefon i jeszcze raz próbuje namierzyć swego pracownika. Sztuka się jednak nie udaje, a ja odjeżdżam z kwitkiem. Oczywiście proszę o info, jakby się gość jednak pojawił, a ja w tym czasie nie znajdę innej myjni.
Rezultat taki, że auto umyłem w innej firmie, mój guru biznesu się nie odezwał, a na durnej rozmowie bez sensu i poszukiwaniach straciłem koło pół godziny.
Do dziś zachodzę w głowę, jak ten gość utrzymuje ten przybytek skoro klienci raczej nie ustawiają się w kolejce do tego typu usług (+ 50 metrów dalej myjnia samoobsługowa na 5 stanowisk).
A nawet jeżeli taka zbłąkana dusza się pojawi, to musi liczyć na cud aby cokolwiek załatwić :)
Podjeżdżam pod duży warsztat: 7 stanowisk, praktycznie cały zakres obsługi mechanicznej. W tym dwa oznaczone "Myjnia". Wchodzę do biura, tam miły pan informuje, że Myjnia to nie oni i trzeba tam iść i zapukać. Ok, to idę. Pukam ale zamknięte na głucho. Obok pracownik warsztatu trzyma na podnośniku samochód, więc zagaduję czy może ma kontakt do gościa od myjni. Ma.
Dostaję super ulotkę Myjni Samochodowej z profilem na facebooku, hashtagiem itepe. Brakuje wprawdzie kodu QR, ale co się będę czepiał. Nic prostszego, jak tylko zadzwonić i umówić się na usługę. W głowie świta wizja free wifi na terenie myjni, darmowej kawy, najnowszego czasopisma typu Logo, Men's Health czy Hipster z kartonu obok na stoliku itd. No raj dla neo-sapiens.
Dzwonię. Dowiaduję się, że pracownik jest w terenie i że zaraz się z nim skontaktuje. Powinien przyjechać.
Mija kilka min i zjawia się właściciel. Mówi najpierw, że pracownik jest w terenie i że może w ciągu pół godziny przyjechać. Wyjaśniam, że ja muszę mieć ten samochód wyczyszczony teraz, zaraz, jak najszybciej. Gość wyciąga drugi telefon, z którego próbuje dorwać swego padawana od karchera. Ja w międzyczasie pytam o fakturę, bo tej również potrzebuję.
"A może być na poniedziałek?" "Albo pocztą wyślemy"
Nie nie może. W międzyczasie wyciąga trzeci telefon i jeszcze raz próbuje namierzyć swego pracownika. Sztuka się jednak nie udaje, a ja odjeżdżam z kwitkiem. Oczywiście proszę o info, jakby się gość jednak pojawił, a ja w tym czasie nie znajdę innej myjni.
Rezultat taki, że auto umyłem w innej firmie, mój guru biznesu się nie odezwał, a na durnej rozmowie bez sensu i poszukiwaniach straciłem koło pół godziny.
Do dziś zachodzę w głowę, jak ten gość utrzymuje ten przybytek skoro klienci raczej nie ustawiają się w kolejce do tego typu usług (+ 50 metrów dalej myjnia samoobsługowa na 5 stanowisk).
A nawet jeżeli taka zbłąkana dusza się pojawi, to musi liczyć na cud aby cokolwiek załatwić :)
niedziela, 9 listopada 2014
Victorinox - rozmiar ma znaczenie.
Posiadać scyzoryk Victorinoxa było moim marzeniem od lat szczenięcych... Mniej więcej od czasów, kiedy z wypiekami na twarzy oglądałem serial... McGywer :) Nic oryginalnego, bo telewizyjny show natchnął miliony samców na całym świecie do posiadania takiego ustrojstwa.
W moim przypadku wybór nie był taki prosty. Po pierwsze chciałem mieć takie funkcje, które rzeczywiście mi się będą przydawały. Nie chciałem kupić gadżetu dla samego posiadania. Scyzoryk musi na siebie pracować i być przydatny!
A wybór jest niełatwy... kilka długości, kilkadziesiąt funkcji do wyboru. Wszystko niestety w konfiguracjach, które mi się nie podobały :)
Po drodze przerobiłem kilka podróbek, mniej lub bardziej udanych, oraz miałem w ręku kilka modeli oryginału od znajomych.
Widziałem, że np. nożyczki mi się do niczego nie przydadzą. Piła już prędzej. Z kolei kombinerki czasem dają radę... ale po co komu dwa ostrza w jednym scyzoryku?
Na pewno chciałem dwa śrubokręty: płaski i krzyżakowy.
Tych moich fanaberii było więcej i w rezultacie przybierałem się do zakupu ze cztery lata na przestrzeni kilku lat. Za każdym razem stanąłem w punkcie, gdzie miałem wybrane 2-3 modele do ostatecznej selekcji i nie potrafiłem się zdecydować :D
To było naprawdę frustrujące :)
Przełom nastąpił dopiero po jakimś czasie, kiedy postanowiłem po prostu kupić najprostszy i możliwie najtańszy scyzoryk, aby po prostu mieć zawsze ostrze pod ręką.
I tak chyba powinienem zrobić na samym początku... oszczędził bym sobie czasu i nerwów.
Wybór padł na model Rally.
Rozmiar ma znaczenie! A im mniejszy, tym lepszy!
Rally posiada funkcje:
W moim przypadku wybór nie był taki prosty. Po pierwsze chciałem mieć takie funkcje, które rzeczywiście mi się będą przydawały. Nie chciałem kupić gadżetu dla samego posiadania. Scyzoryk musi na siebie pracować i być przydatny!
A wybór jest niełatwy... kilka długości, kilkadziesiąt funkcji do wyboru. Wszystko niestety w konfiguracjach, które mi się nie podobały :)
Po drodze przerobiłem kilka podróbek, mniej lub bardziej udanych, oraz miałem w ręku kilka modeli oryginału od znajomych.
Widziałem, że np. nożyczki mi się do niczego nie przydadzą. Piła już prędzej. Z kolei kombinerki czasem dają radę... ale po co komu dwa ostrza w jednym scyzoryku?
Na pewno chciałem dwa śrubokręty: płaski i krzyżakowy.
Tych moich fanaberii było więcej i w rezultacie przybierałem się do zakupu ze cztery lata na przestrzeni kilku lat. Za każdym razem stanąłem w punkcie, gdzie miałem wybrane 2-3 modele do ostatecznej selekcji i nie potrafiłem się zdecydować :D
To było naprawdę frustrujące :)
Przełom nastąpił dopiero po jakimś czasie, kiedy postanowiłem po prostu kupić najprostszy i możliwie najtańszy scyzoryk, aby po prostu mieć zawsze ostrze pod ręką.
I tak chyba powinienem zrobić na samym początku... oszczędził bym sobie czasu i nerwów.
Wybór padł na model Rally.
Rozmiar ma znaczenie! A im mniejszy, tym lepszy!
Rally posiada funkcje:
Pilnik do paznokci ze śrubokrętem płaskim.
Kółko na klucze
Wykałaczka
Pinceta
Ostrze
Kółko na klucze
Wykałaczka
Pinceta
Ostrze
Otwieracz do kapsli z
-magnet. śrubokręt krzyżakowy
-ściągacz do izolacji
Co istotne, cały scyzoryk ma długość 58 mm!
-magnet. śrubokręt krzyżakowy
-ściągacz do izolacji
Co istotne, cały scyzoryk ma długość 58 mm!
Z powodzeniem może być użyty jako breloczek do kluczy, co jednak nie umniejsza jego funkcjonalności!
Powiem więcej... dzięki małym wymiarom i prawie niewyczuwalnej wadze można go nosić bez obawy, że coś nam gniecie się w kieszeni czy wbija w udo przy ruchach nogą. Co jest domeną większych braci.
Ma takie funkcje, które najczęściej się przydają. Nożyk sprawdza się przy otwieraniu opakowań, przecinaniu lin, plastikowych zabezpieczeń czy drobnych pracach przy domu i samochodzie. Śrubokrętami rozkręcam większość sprzętu RTV czy AGD lub dostaję się do baterii w zabawkach mojego syna.
Ma takie funkcje, które najczęściej się przydają. Nożyk sprawdza się przy otwieraniu opakowań, przecinaniu lin, plastikowych zabezpieczeń czy drobnych pracach przy domu i samochodzie. Śrubokrętami rozkręcam większość sprzętu RTV czy AGD lub dostaję się do baterii w zabawkach mojego syna.
Do otwarcia piwa trzeba się nieco przyłożyć, bo otwieracz z racji swoich gabarytów nie jest najwygodniejszy.
Co powtórzę jeszcze raz jego główną zaletą jest fakt, że zawsze mam go w kieszeni i wystarczy o nim pamiętać, aby przydał się w odpowiedniej chwili.
Kończę recenzję, trochę urywając... Bo tak naprawdę trzeba Victorinoxa posiadać, aby docenić jego praktyczność. Wszystkim polecam gamę najmniejszych modeli, wbrew ogólnemu przeświadczeniu, że trzeba mieć więcej i więcej.
W tym wypadku mniej oznacza więcej. A do tego sporo taniej ;)
Co powtórzę jeszcze raz jego główną zaletą jest fakt, że zawsze mam go w kieszeni i wystarczy o nim pamiętać, aby przydał się w odpowiedniej chwili.
Kończę recenzję, trochę urywając... Bo tak naprawdę trzeba Victorinoxa posiadać, aby docenić jego praktyczność. Wszystkim polecam gamę najmniejszych modeli, wbrew ogólnemu przeświadczeniu, że trzeba mieć więcej i więcej.
W tym wypadku mniej oznacza więcej. A do tego sporo taniej ;)
Z pewnością sięgnę kiedyś po większych braci... ale nie na zasadzie czegoś do noszenia ze sobą, a raczej narzędzia do domu, w podróży czy do samochodu. Na co dzień wiem, że nie znajdę nic lepszego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

