piątek, 3 października 2014

Auto-Horror

Ignorancja jest błogosławieństwem!

Przebrnąłem przez horror poszukiwania nowo-używanego samochodu dla siebie. Budżet skromny, około 15 tyś. zł. Chyba jeden z najpopularniejszych pułapów. Cel... coś 10 lat lub mniej w dobrym stanie.

I mogło by się wydawać, że nic prostszego... dziesiątki komisów, ogłoszeń prywatnych i giełdy. Nic tylko przebierać jak w ulęgałkach.

Ale.

Co nastąpiło :)

Komis = szrot.
Cokolwiek sprowadzanego było w stanie albo mocno wyeksploatowanym (np. 300-500 tys km na liczniku) albo po wypadku. Na tyle poważnym, że za granicą pojazd dostał szkodę całkowitą i właściciel sprzedał wrak polskiemu handlarzowi.
Na osobny akapit zasługują auta z Francji, których po styczniowych nawałnicach i cofkach na południu kraju było zatrzęsienie. Wszystkie bez wyjątku zalane :) Proste, nie malowane z niskimi przebiegami... śmierdzące i wkrótce przegnite. O przyszłości elektroniki nie wspominając...
I ludzie coś takiego sprzedają.

Prywatnie = mina.
Zwykle ktoś kupił i zaraz sprzedaje. Bo wyjazd, bo praca, bo za duży dla dziewczyny/żony. Powodów jest tyle co i wad ukrytych. Albo silnik na wykończeniu, albo karoseria niczym rąb, albo coś krzywo wspawane. Właściciel się kapnął i... uciekać z tym, uciekać!
Najlepszy był pan z Warszawy. Pierwszy właściciel, auto 100%... na tylnym nadkolu szpachli tyle, że skali zabrakło na mierniku lakieru. Ktoś mu chciał koło wbić na miejsce pasażera. Ale były też takie, które poszły na pniu. Może tutaj jest jeszcze nadzieja...



Giełdy
Nie byłem, ale tam podobno idzie to co nie sprzedaje się w komisach. Strach się bać.


Ostatecznie kupiłem z rąk prywatnych. Auto zadbane, ale i cena podłóg rynku zawyżona. Od tamtej pory oglądałem kilka takich dla porównania i na razie konkurencji nie miał ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz