czwartek, 7 maja 2015

Giganci...

Z racji bycia rodzicem trochę mi się perspektywa zmienia. Wychowanie i te sprawy ;)

Oglądałem ostatnio program "Mali Giganci" i aż mnie zamurowało.
Jury złożone z wytatuowanej gwiazdy rocka, podstarzałego Kuby W. o wyraźnie łagodniejszym usposobieniu niż z tego co pamiętam... i tej trzeciej pani którą kojarzę z ładnej buzi :)
Czepiam się?
Nie pamiętam co to było, chyba rozmowa przed występem. Jury się pyta co dzieci robiły wczoraj... padła odpowiedź, że bawiły w lekarza. Oczywiście salwa śmiechu i aluzje do zabaw w hotelu, zabawy w doktora itp. skojarzenia z seksem (dla dorosłej części publiczności jasne jak cholera :))
Mam nadzieję, że to nie było reżyserowane (o naiwności!). Chociaż biorąc pod uwagę skład ww. jury to zapewne na nic innego nie potrafili by w twórczy sposób odpowiedzieć...
(Pamięta ktoś "Od przedszkola do Opola" i sławne pytanie o imię pupila?)
Następnie był układ taneczny do piosenki...
Black Widow - Iggy Azalea FT Rita Ora
Nosz...!
I to dosłownie. W oryginale dwie panie w obcisłych kombinezonach z cyckami na wierzchu w nawiązaniu do Kill Billa rozprawiają się z kimś złym.  
Wzorce dla najmłodszych, posiadających jakiś talent :) 

Nie potrafię nawet powiedzieć, co sądzę o tym programie. Raczej nic dobrego dla tych dzieci z niego nie wyniknie. 

Ostatnio też jest reklama... Oranż? Pani zabita przez pudełka w pewnym znanym serialu reklamuje w niej pakiet multimedialny dla domu. Opieka nad dziećmi sprowadza się do włączenia telewizora/konsoli/tabletu i internetu dla tego wszystkiego aby sama mogła rozłożyć się na kanapie i ładnie pachnieć :)

Nie wiem kto tworzył tą kampanię, ale przykro się robi, że ktoś takie wzorce propaguje jako coś pozytywnego.

Dokąd ten świat zaszedł?

 

niedziela, 25 stycznia 2015

Demokracja vs Komunizm

Tak jak zwykle: Łapa. Piwo. Rozmowa.

- No wkurwiłem się! Trzy pary jeansów rozjebane przez dwa tygodnie - zacząłem, jak tylko usiedliśmy przy naszym stoliku.
- Ale o co chodzi? - Łapa zapytał przytomnie.
- Nie dalej jak pół roku temu zakupiłem trzy pary spodni. Dwie w markowej sieciówce, jedną w hipermarkecie. I teraz, jedna po drugiej, poprzecierały się w kroczu. Ja pierdolę, co za szajs!
- Może niewłaściwie użytkowałeś?
- Niby jak to miałbym użytkować, kurwa?! Skrojone jak trzeba: nie za ciasne, nie za luźne. Normalnie dreptanie do pracy, do sklepu itp. maratonów przecież w nich nie biegałem! - jednym haustem wytrąbiłem pół szklanki piwa. - Co za szajs sprzedają w tych sklepach. Kiedyś jedne spodnie po kilka lat służyły, a te to koło jeansu nawet pewnie nie leżały.
- To wszystko przez tą demokrację... - wycedził Łapa.
- Ą co ma do tego demokracja?
- No chińska demokracja. Wszystko jest z chin.
- Racja. Tam najtaniej, najszybciej, najbardziej byle jak.
- Otóż to.
- Ale co ma do tego demokracja.
- To, że wszyscy nas jebią jak chcą. Rząd, korporacje, firmy, USA, Rosja, Niemcy... Wszyscy docierają nas na każdym kroku.
- Jak na to patrzę i na te moje spodnie, to nie mogę Ci nie przyznać racji! - dopiłem piwo i ruszyłem po następne., Przy barze, w telewizorze nad regałem z wysokoprocentowymi trunkami, leciał akurat reportaż z Ukrainy. Wiadomości, Fakty czy inne medium. Wróciłem z pełnym szkłem i zacząłem:
- Za komuny nie mieliśmy takich problemów, bo i jeansów nie było! - podkręciłem brawurowo dyskusję.
- Były w pewexie. I to prawdziwe, po 10 latach nie było śladu zużycia, a potem się nogawki użynało i na lato były.
- Ale to demokratyczne jeansy! Zatem to nie demokracja jest problemem.
- A co?
- Ludzie.
- Wiesz, ostatnio też tak mówili przy zmianie ustroju.
- Że niby za komuny było lepiej?
- A gorzej? Człowiek chociaż był człowiekiem. A teraz? Każdy chce Cię wydymać na kasę na każdym kroku.
- Wiesz, są miejsca gdzie komunizm ma się dobrze. W Korei spróbuj.
- Korea to by nasz kraj rozjechała w dwa dni!
- Za daleko są.
- Mają atom! A my co mamy? F-16 bez uzbrojenia. Możemy rzucać w nich kamieniami z kokpitów.
- Naprawdę, to nie ustrój ma znaczenie tutaj. Ludzie są problemem. To ich wina, że jest tak jak jest.
- A zatem co uradzisz?
- Trzeba się gdzieś zapisać. Do jakiejś organizacji paramilitarnej.
- Dobrze radzisz!
Wznieśliśmy toast. Kolejne tematy, jakie zostały poruszone tego wieczoru, nie były już niestety tak porywające ani odkrywcze. Przepraszam.

sobota, 15 listopada 2014

#jaknieprowadzicbiznesu

Z konieczności musiałem ostatnio odwiedzić myjnię samochodową. Taką kompleksową, gdzie umyją auto wewnątrz i na zewnątrz. Pominę dość długie poszukiwania takowej, bo jak się okazuje większość jest samoobsługowych... Ale trafiłem na jedno miejsce, które wprawiło mnie w konsternację.

Podjeżdżam pod duży warsztat: 7 stanowisk, praktycznie cały zakres obsługi mechanicznej. W tym dwa oznaczone "Myjnia". Wchodzę do biura, tam miły pan informuje, że Myjnia to nie oni i trzeba tam iść i zapukać. Ok, to idę. Pukam ale zamknięte na głucho. Obok pracownik warsztatu trzyma na podnośniku samochód, więc zagaduję czy może ma kontakt do gościa od myjni. Ma.

Dostaję super ulotkę Myjni Samochodowej z profilem na facebooku, hashtagiem itepe. Brakuje wprawdzie kodu QR, ale co się będę czepiał. Nic prostszego, jak tylko zadzwonić i umówić się na usługę. W głowie świta wizja free wifi na terenie myjni, darmowej kawy, najnowszego czasopisma typu Logo, Men's Health czy Hipster z kartonu obok na stoliku itd. No raj dla neo-sapiens.

Dzwonię. Dowiaduję się, że pracownik jest w terenie i że zaraz się z nim skontaktuje. Powinien przyjechać.
Mija kilka min i zjawia się właściciel. Mówi najpierw, że pracownik jest w terenie i że może w ciągu pół godziny przyjechać. Wyjaśniam, że ja muszę mieć ten samochód wyczyszczony teraz, zaraz, jak najszybciej. Gość wyciąga drugi telefon, z którego próbuje dorwać swego padawana od karchera. Ja w międzyczasie pytam o fakturę, bo tej również potrzebuję.

"A może być na poniedziałek?" "Albo pocztą wyślemy"

Nie nie może. W międzyczasie wyciąga trzeci telefon i jeszcze raz próbuje namierzyć swego pracownika. Sztuka się jednak nie udaje, a ja odjeżdżam z kwitkiem. Oczywiście proszę o info, jakby się gość jednak pojawił, a ja w tym czasie nie znajdę innej myjni.

Rezultat taki, że auto umyłem w innej firmie, mój guru biznesu się nie odezwał, a na durnej rozmowie bez sensu i poszukiwaniach straciłem koło pół godziny.

Do dziś zachodzę w głowę, jak ten gość utrzymuje ten przybytek skoro klienci raczej nie ustawiają się w kolejce do tego typu usług (+ 50 metrów dalej myjnia samoobsługowa na 5 stanowisk).
A nawet jeżeli taka zbłąkana dusza się pojawi, to musi liczyć na cud aby cokolwiek załatwić :)

niedziela, 9 listopada 2014

Victorinox - rozmiar ma znaczenie.

Posiadać scyzoryk Victorinoxa było moim marzeniem od lat szczenięcych... Mniej więcej od czasów, kiedy z wypiekami na twarzy oglądałem serial... McGywer :) Nic oryginalnego, bo telewizyjny show natchnął miliony samców na całym świecie do posiadania takiego ustrojstwa.

W moim przypadku wybór nie był taki prosty. Po pierwsze chciałem mieć takie funkcje, które rzeczywiście mi się będą przydawały. Nie chciałem kupić gadżetu dla samego posiadania. Scyzoryk musi na siebie pracować i być przydatny!
A wybór jest niełatwy... kilka długości, kilkadziesiąt funkcji do wyboru. Wszystko niestety w konfiguracjach, które mi się nie podobały :)
Po drodze przerobiłem kilka podróbek, mniej lub bardziej udanych, oraz miałem w ręku kilka modeli oryginału od znajomych.
Widziałem, że np. nożyczki mi się do niczego nie przydadzą. Piła już prędzej. Z kolei kombinerki czasem dają radę... ale po co komu dwa ostrza w jednym scyzoryku?
Na pewno chciałem dwa śrubokręty: płaski i krzyżakowy.
Tych moich fanaberii było więcej i w rezultacie przybierałem się do zakupu ze cztery lata na przestrzeni kilku lat. Za każdym razem stanąłem w punkcie, gdzie miałem wybrane 2-3 modele do ostatecznej selekcji i nie potrafiłem się zdecydować :D

To było naprawdę frustrujące :)

Przełom nastąpił dopiero po jakimś czasie, kiedy postanowiłem po prostu kupić najprostszy i możliwie najtańszy scyzoryk, aby po prostu mieć zawsze ostrze pod ręką.
I tak chyba powinienem zrobić na samym początku... oszczędził bym sobie czasu i nerwów.
Wybór padł na model Rally.

Rozmiar ma znaczenie! A im mniejszy, tym lepszy!



Rally posiada funkcje:
Pilnik do paznokci ze śrubokrętem płaskim.
Kółko na klucze
Wykałaczka
Pinceta
Ostrze
Otwieracz do kapsli z
-magnet. śrubokręt krzyżakowy
-ściągacz do izolacji

Co istotne, cały scyzoryk ma długość 58 mm!
Z powodzeniem może być użyty jako breloczek do kluczy, co jednak nie umniejsza jego funkcjonalności!
Powiem więcej... dzięki małym wymiarom i prawie niewyczuwalnej wadze można go nosić bez obawy, że coś nam gniecie się w kieszeni czy wbija w udo przy ruchach nogą. Co jest domeną większych braci.
Ma takie funkcje, które najczęściej się przydają. Nożyk sprawdza się przy otwieraniu opakowań, przecinaniu lin, plastikowych zabezpieczeń czy drobnych pracach przy domu i samochodzie. Śrubokrętami rozkręcam większość sprzętu RTV czy AGD lub dostaję się do baterii w zabawkach mojego syna.  
Do otwarcia piwa trzeba się nieco przyłożyć, bo otwieracz z racji swoich gabarytów nie jest najwygodniejszy.
Co powtórzę jeszcze raz jego główną zaletą jest fakt, że zawsze mam go w kieszeni i wystarczy o nim pamiętać, aby przydał się w odpowiedniej chwili.

Kończę recenzję, trochę urywając... Bo tak naprawdę trzeba Victorinoxa posiadać, aby docenić jego praktyczność. Wszystkim polecam gamę najmniejszych modeli, wbrew ogólnemu przeświadczeniu, że trzeba mieć więcej i więcej.
W tym wypadku mniej oznacza więcej. A do tego sporo taniej ;) 
Z pewnością sięgnę kiedyś po większych braci... ale nie na zasadzie czegoś do noszenia ze sobą, a raczej narzędzia do domu, w podróży czy do samochodu. Na co dzień wiem, że nie znajdę nic lepszego.


piątek, 3 października 2014

Auto-Horror

Ignorancja jest błogosławieństwem!

Przebrnąłem przez horror poszukiwania nowo-używanego samochodu dla siebie. Budżet skromny, około 15 tyś. zł. Chyba jeden z najpopularniejszych pułapów. Cel... coś 10 lat lub mniej w dobrym stanie.

I mogło by się wydawać, że nic prostszego... dziesiątki komisów, ogłoszeń prywatnych i giełdy. Nic tylko przebierać jak w ulęgałkach.

Ale.

Co nastąpiło :)

Komis = szrot.
Cokolwiek sprowadzanego było w stanie albo mocno wyeksploatowanym (np. 300-500 tys km na liczniku) albo po wypadku. Na tyle poważnym, że za granicą pojazd dostał szkodę całkowitą i właściciel sprzedał wrak polskiemu handlarzowi.
Na osobny akapit zasługują auta z Francji, których po styczniowych nawałnicach i cofkach na południu kraju było zatrzęsienie. Wszystkie bez wyjątku zalane :) Proste, nie malowane z niskimi przebiegami... śmierdzące i wkrótce przegnite. O przyszłości elektroniki nie wspominając...
I ludzie coś takiego sprzedają.

Prywatnie = mina.
Zwykle ktoś kupił i zaraz sprzedaje. Bo wyjazd, bo praca, bo za duży dla dziewczyny/żony. Powodów jest tyle co i wad ukrytych. Albo silnik na wykończeniu, albo karoseria niczym rąb, albo coś krzywo wspawane. Właściciel się kapnął i... uciekać z tym, uciekać!
Najlepszy był pan z Warszawy. Pierwszy właściciel, auto 100%... na tylnym nadkolu szpachli tyle, że skali zabrakło na mierniku lakieru. Ktoś mu chciał koło wbić na miejsce pasażera. Ale były też takie, które poszły na pniu. Może tutaj jest jeszcze nadzieja...



Giełdy
Nie byłem, ale tam podobno idzie to co nie sprzedaje się w komisach. Strach się bać.


Ostatecznie kupiłem z rąk prywatnych. Auto zadbane, ale i cena podłóg rynku zawyżona. Od tamtej pory oglądałem kilka takich dla porównania i na razie konkurencji nie miał ;)

sobota, 5 kwietnia 2014

Rozprawa o przyszłości motoryzacji.

Rozmowę tą przeprowadziłem z moim dobrym przyjacielem Tomaszem. Tomasz wrócił z Niemiec, gdzie pracował kilka miesięcy jako serwisant w ASO (Autoryzowany Salon Obsługi aka markowy warsztat). Marki nie podam, bo to tajemnica poliszynela. Wstawcie dowolną nazwę zaczynającą się np. na literę V. Rozmowa oczywiście przeprowadzona była przy piwie z uwagi na fakt,ze najlepiej rozmawia się właśnie przy piwie.
Mogę się powtarzać, z uwagi na fakt, że nadal je spożywam.

- Stary, co ja widziałem w tych Niemczech! - zaczął Tomasz, zwany przez znajomych Szczawiem. - Nie uwierzysz!
- Co cię tak zszokowało? - zapytałem, domyślając się wykładu z mechaniki.
- Jakie oni tam wałki kręcą w tych warsztatach... Nie uwierzysz! Myślałem, że u nas cuda się dzieją, ale tam to już do potęgi!
- Też tak klepią, że z trzech golfów wychodzi pięć?
- Nie no tak to nie, ale te nowe auta to jakaś paranoja. Stary, jednego w serwisie mieliśmy siedemnaście razy... policzyłem to dokładnie bo się zakładaliśmy ile razy nas jeszcze odwiedzi. Wymieniliśmy w nim chyba wszystko co się dało. Od czujnika ABS po blok silnika. W końcu się poddali i wymienili auto na nowe.
- Nieźle, ale co taki szmelc tam jeździ?
- Prawie nowe auto! Z czerwca zeszłego roku. Sami nie wiedzą o co tam chodziło. Po prostu co chwilę jakieś błędy komputer wywalał. Samochód pali, jeździ ale jednocześnie co chwile wywala komunikaty na monitorku i wzywa do serwisu. Niemiec już białej gorączki dostawał pod koniec.
- Może komputer do wymiany?
- Wymienili. Pojawiły się tylko nowe błędy.
- To co się stało?
- Tego nikt nie wie. Odesłali go do fabryki na sprawdzenie, może tam dojdą. Ale wyobraź sobie: wykładasz na furę sto patyków, a ona co dwa tygodnie Cię do serwisu zaprasza.
- Masakra.
- Tak.
- A jak się pracowało tak w ogóle?
- Zajebiście, ogółem profeska, nie to co u nas. Niemiec to jednak ma ordnung.
- Ciekawe że tak ludzie narzekają na te nowe samochody.
- Narzekają bo graty kupują. Na serwisie jak coś z awarią było to z przebiegami powyżej 170-200 tysięcy. Było kilka wyjątków, jak ten od początku zjebany, ale tak to raczej spoko.
- Czekaj, bo się pogubiłem. Najpierw mówisz, że takie przekręty, a teraz, że wszystko w porządku?
- No... Czekaj bo źle zacząłem. Chodziło mi, że jak jest dobrze, to jest dobrze. Ale jak się trafi taka czarna owca to oni tam białej gorączki dostają. W głowach im się nie mieści, że coś może być nie w porządku. Że nowa część im nie działa, albo, że samochód na komputerze jest w porządku, a w rzeczywistości wariuje. Nie wiedzą co robić biedaki. Kłócą się z szefem, z właścicielem, z fabryką. Normalnie jak kij w mrowisko.
- Ah...
- W ogóle to odkryłem cały ten ich spisek. Tą zmowę.
- Jaką znowu zmowę?
- Planowane starzenie się produktu. Nie słyszałeś o tym?
- Obiło mi się o uszy.
- Słuchaj kiedyś z niemcem gadałem o tym. I on mi to wyjaśnił. To nie chodzi o to, ze oni specjalnie robią te blachy cieńsze, silniki mniej wytrzymałe, a elektronikę zawodną. Oni to robią dla tego, ze klienci tego chcą.
- Klienci chcą kupować buble?
- Nie! Właśnie nie. Bo to nie są buble. Te samochody są dobre, tylko, że mają swój obliczony okres trwałości. Jak mleko. Mleko też ma okres przydatności.
- Ale na mleko nie wydajesz rocznej pensji.
- Właśnie tu tkwi sedno! Ich stać, żeby co te 5-10 lat wymienić wóz. Co więcej, przez ten okres powstanie ze dwie nowsze generacje ich ulubionego modelu. Oni tych samochodów i tak by się pozbyli w tym czasie. A więc fabryka doszła do wniosku, że można zaoszczędzić na tym i tamtym aby produkcja była tańsza. Inicjatywa przyszła tu jednak oddolnie.
- Brzmi logicznie. A spisek?
- Ludzie niejako spiskują przeciw sobie. To trochę jak obcinanie gałęzi na której się siedzi. Z jednej strony dla inżyniera nie było by problemem stworzyć samochód, który przejechał by milion kilometrów i służył ze trzydzieści lat. Ale w tym czasie wszystko dookoła zmieniło by się do tego stopnia, że taki produkt jest realnie mało potrzebny. Stał by się przestarzały. A przecież to jest wbrew wszystkiemu.
- Hah, masz rację. Ale do czego to nas doprowadzi?
- To jak z szybką jazdą, kiedyś zapewne wypadniemy na zakręcie.
- Szczerze mówiąc nie spodziewałem się po tobie takich głębokich przemyśleń.
- Odchamiłem się trochę. No i pracowałem z mądrymi ludźmi. Niemcami, ale w porządku byli. Tacy jak my.
- Aha.

środa, 20 listopada 2013

Magia Marketinga

- Wiesz co? - zapytałem swego przyjaciela Łapy znad kufla zimnego piwa.
- Nie wiem... - Odpowiedział z ironicznym uśmieszkiem, gotów na kolejną porcję mych życiowych mądrości. - Co? - dodał kurtuazyjnie.
- Chodzi o to, że ostatnio jakoś tak nieskładnie myślę, piszę, a nawet wypowiadam. Się. Się wypowiadam. nawet.
- Nie zauważyłem. - Skwitował, pociągnąwszy łyk piwa.
- Sam nie wiem co mi jest... myślę o tak wielu rzeczach na raz, myślę za szybko, nie daję sobie czasu na zastanowienie... Albo wprost przeciwnie, zastanawiam się zbyt wolno. Ogólnie strasznie to wszystko takie niepoukładane we mnie ostatnio jest.
- Coś w tym może być... - zastanowił się. - Istotnie z twoich werbalnych przekazów rozumiem coraz mniej.
- Naprawdę? Widziałem, że Tobie to nie umknie! Tylko cholera... bo widzisz wszystko mi zamieszała ta ostatnia książka, którą mi podesłano do recenzji. Konkretniej to znajomy chciał poznać moją opinię.
- A co z nią?
- To publikacja o marketingu.
- To znaczy?
- Tytuł "Magia Marketingu". Jak byś to zinterpretował?
- Cóż... - interpretacja wymagała głębszego namysłu. - Pewnie jakaś kolejna prawda objawiona o niezawodnych zasadach sukcesu...
- Jakbyś to sam napisał! - nie pozwoliłem mu dokończyć zdania, choć zapewne i tak była to już puenta.
- A więc co z nią?
- Po przeczytaniu wstępniaka rzuciłem nią o ścianę.
- Musi być naprawdę intrygująca.
- Słuchaj... - musiałem się głęboko zastanowić, co powiedzieć dalej. - Autor opisuje przypadek pewnej firmy w USA, która dzięki temu, że zaopatrzyła swych pracowników w magnesy przyczepiane do podeszwy buta zaoszczędziła przez rok dwa miliony dolarów na spinaczach biurowych.
Łapę zatkało. Ta informacja spadła na niego jak grom z jasnego nieba, podobnie zresztą jak wcześniej na mnie. Przeprosił w tym momencie i udał się do toalety aby przetrawić ten fakt i najpewniej ulżyć pęcherzowi.
Kiedy wrócił, nie wyglądał jednak na specjalnie poruszonego.
- To najgłupsza rzecz jaką słyszałem w tym roku. - Odpowiedział jak tylko zajął swe miejsce. - Poczyniłem pewne obliczenia i wyszło mi z nich, że aby firma w ogóle wydała te kilka milionów na spinacze to musiała by być chyba ich fabryką. A ponadto koszt zakupu takiego magnesu na pewno byłby ekwiwalentem zakupu przynajmniej 4-5 pudełek spinaczy po 100 sztuk każde. Nie jest możliwe, aby jeden pracownik zgubił pięćset spinaczy w ciągu roku, chyba, że rzucał nimi w plik kartek z nadzieją, ze się same zepną.
Wznieśliśmy toast do tych słów, sam nie ujął bym tego lepiej. W takich chwilach potwierdza się, że ludzie spotykani na naszej drodze nie są przypadkowi. Wypiliśmy i za to.
- Więc czemu jesteś taki niepoukładany, jak sam siebie określiłeś? - Łapa wrócił do pierwotnego wątku dyskusji. - Czy fakt, że ktoś wierzy w takie bzdury Cię niepokoi? Czy może to, że ktoś to wyda? A może dostrzegasz to, że wielu ludzi gotowych jest wcielić podobne pomysły w życie, i to ludzi na stanowiskach kierowniczych?
- Gorzej. Kiedy mówiłem, że rzuciłem nią o ścianę to tak naprawdę nie trafiłem i wyleciała przez okno. Gość molestuje mnie od kilku tygodni o recenzję, a ja nie bardzo mogę mu powiedzieć, że jest debilem.
- Czemu?
- Bo to mój szef ją napisał.
- Ah...