środa, 24 października 2018

Maszyna do pisania.

Moja przygoda z maszynopisaniem była dość krótka. Ojciec przywiózł z jakiejś roboty kilka maszyn, prawdopodobnie od gościa, który chciał je wyrzucić. Dość powiedzieć, że były albo zepsute, albo niemieckie :) Niemniej...

Stara Olympia SM3 w zielonym, głębokim kolorze rozbudziła moją wyobraźnię. Była przecudna :) I naprawdę zadbana! Zważywszy, że sprzęt powstawał na przełomie lat 50 i 60-tych to praktycznie nie było widać po niej zużycia. Chromy, lakier, mechanizmy - wszystko wyglądało i działało super. Jedyny problem to niemiecka czcionka :) Ale czy mogło to być jakąś przeszkodą? Wszelkie ogonki i kreseczki zawsze przecież można dorysować. I tak też czyniłem.
Początki były trudne ale i fascynujące. Sama obsługa to już ciekawa sprawa. Wkręcenie kartki, ustawienie tabulatorów, nastawy. Trochę gorzej wspominam bolące palce, które szybko jednak przyzwyczaiły się do "walenia".
Nie liczyło się nawet co tworzyłem, ale jak :) Dopiero rok-dwa później doprosiłem się komputera i stara Olympia wylądowała na regale.
Do maszyn próbowałem powrócić kilkukrotnie. Druga z "wykopków" była elektryczna, jednak z uwagi na popsutą głowicę nie nadawała się do użytku. Potem kupiłem nowoczesny model na allegro, ale taśma szybko się skończyła, a nowych do dzisiaj nie mogę znaleźć :(

Niemniej coś tam zostało... I chyba spróbowało znów wydać jakiś owoc. Oto bowiem czekam na paczkę z Olympią... nowszą, z polskimi znakami etc. Ale szerzej opiszę jak trochę nań popiszę :)

Dzisiaj maszyna do pisania to zapomniany sprzęt. Samo słowo maszyna jest już anachronizmem w stosunku do komputera  (pierw. maszyny liczącej), który wyparł staruszkę dzięki swym niewątpliwym zaletom.

Pokolenia twórców, pisarzy, poetów, tłumaczy, urzędników itd. miało do czynienia z maszynami do pisania. Wielu z pewnością cieszy się z postępu (palce z pewnością), może kilku wspomina z nostalgią stare, ciężkie ale niezawodne maszynki, które dzielnie służyły im przez lata.
Stanisław Lem na przykład nigdy nie przesiadł się na komputer i do końca tworzył na Underwoodzie podarowanym mu przez ojca. Co wydaje się jeszcze bardziej nieprawdopodobne miewał zwyczaj wyrzucać kartki, jeżeli mu się nie podobał efekt końcowy i pisać od nowa. Iście diaboliczna wizja.

Niemniej dla każdego, kto tworzył od końca XIX wieku do początków XXI w. maszyna umożliwiała pisanie szybkie, dokładne (biada kto musiał czasem rozszyfrowywać ręczne gryzmoły) i stosunkowo łatwe w dalszej obróbce. Ponadto nie wymagała prądu i szczególnej obsługi. Dość szybko pojawiły się wersje walizkowe, które bez problemu można było zabrać gdzie dusza zapragnie.
Znamienne jest, że ostatnią fabrykę maszyn do pisania zamknięto w Indiach w 2011 roku (XXI wiek :)) A biorąc pod uwagę, że niektóre egzemplarze z początków ery ich panowania wciąż są w stanie służyć i zachowały się w dobrym stanie, jeszcze długo o nich nie zapomnimy.

Na zachodzie, wraz z modą retro, slow-life etc. wraca moda na maszyny do pisania. Jednym z jej najbardziej znanych propagatorów jest Tom Hanks, jeden z najbardziej znanych aktorów Hollywood. Pasja ta wiąże się nie tylko z kolekcjonowaniem tych sprzętów, ale także grą/apką na smartfony imitującą mechanizm maszyny czy debiutancką książkę autora, w której łącznikiem są właśnie maszyny do pisania, pojawiające się w różnych rolach w każdym z opowiadań składających się na tom.
Cóż, jeżeli listów już nie piszemy, wszelkie pisma nieubłaganie przechodzą na formę elektroniczną, a nasze obcowanie z informacją czy formy twórczości zagarnął komputer/smartfon jest jeszcze sens przejmować się tym wynalazkiem?

Ja się przejąłem. Otóż dlaczego:
Ma swój klimat, wymaga dyscypliny, umiejętności i generalnie "spowalnia działanie" - co mam nadzieję pozwoli mi nieco doszlifować umiejętności. Raczej do wprawek, jakichś niedługich tekstów, postów na bloga... Dla frajdy! No i jest zawsze gotowa do akcji, bezzwłocznie, z ostatnim słowem na wkręconej na wałek kartce. 

Do trzech razy sztuka.

Jest w życiu mężczyzny taki moment, że ma do wyboru jedną z trzech dróg.
Podjąć wyzwanie i udowodnić coś sobie.
Spierdolić.
Urżnąć się.
Cóż. Wybierając to trzecie, przypadkiem zaliczyłem wszystkie. Ale od początku...

Co może myśleć gość przed czterdziestką, z dwójką dzieci, kredytem na mieszkanie na kolejne dwadzieścia, chujową robotą i problemami z siusianiem? Dodając do tego pożycie małżeńskie będące przedmiotem studiów na wydziale paleontologii, auto z poprzedniego wieku i kryzys wieku średniego pukający do drzwi możecie mieć mniej więcej obraz mej egzystencji. A i tak wymieniłem tylko superlatywy.

Kiedy do mnie dotarło, co mnie czeka poszedłem do baru... Ale stwierdziłem, że nie stać mnie na takie luksusy, więc następnie udałem się do dyskontu (marka wiadoma). Zakupiłem półtora litra znamienitego alkoholu po najtańszej cenie. Stamtąd mogłem udać się tylko w jedno miejsce... do garażu.
Zadzwonił bym po kogoś, złapał sąsiada po drodze... ale nic z tych rzeczy nie nastąpiło. Zacząłem więc sam się łoić jak przystało: do lusterka. Włączyłem radio i prześledziłem swe życie od początku... nie było tego wiele, ledwie na ćwiartkę. Cóż począć? Wypominanie... wszystkie okazje, które przegapiłem albo zmarnowałem. Wszystkie złe decyzje... Stare, zdawałoby się zabliźnione rany. Taaak, to pasowało i pół litra strzeliło jak z gwinta. Dopadł mnie marazm. Już nie kontrolowałem niczego, co się ze mną dzieje. Telefon warczał w kieszeni ale miałem to w dupie. Podobnie jak porę dnia, temperaturę, dzień, miesiąc, rok... Ponad litr wódki to nie w kij dmuchał.
Byłem tam gdzie chciałem być: w krainie nibylandii. Niby problemów, niby zawodów, niby siwych włosów.... wszystko było na niby. Za to ja byłem naprawdę. I miałem to wszystko w dupie.
Mało poetycko, ale prawdziwie.
Zacząłem dopijać trzecią butelkę, kiedy znalazłem się w szpitalu...
Co kurwa?
- Gdzie ja jestem? - zapytałem mało wyraźnie jakiejś baby w białym kitlu.
- W szpitalu.
- Kurwa... co? - jej odpowiedź wydała mi się tyleż oczywista, co i mało konkretna. Głowę rozsadzało mi od środka. Miałem nudności, zaburzenia widzenia i cały wachlarz skutków ubocznych przedawkowania alkoholu. Wywracało mi flaki, czułem się otępiały i pobudzony jednocześnie.
- Kładź się pan. Zaraz pana zabiorą.
- Co? Gdzie? - pytania pozostały bez odpowiedzi. - Kurwa... - ogromny bandaż okręcony był wokół mojej lewej dłoni i ręki. - Co to?
- Opatrunek.
- No... - ostatnią rzeczą jaką pamiętam była szyjka butelki w mojej dłoni. Następnie ocknąłem się tutaj. - Ale co się stało?
- Nie wiem, dowie się pan więcej na komendzie.
- Co?
- Proszę leżeć spokojnie aż kroplówka się nie skończy.
- A... - po dłuższej chwili dostrzegłem wężyk z igłą wbity w rękę. Nie czułem, aby było mi lżej.

(i urwał... C.D.N.N ;))

wtorek, 2 stycznia 2018

Zima Stulecia

Lao Che - jeden z najciekawszych zespołów rodzimej sceny ma w swoim dorobku utwór, który niezmiennie napełnia mnie nostalgią.

Zima Stulecia
W czasach, kiedy w zimę było zimno i nawet zdarzał się śnieg (czyli jakiś 2008 :)) byłem na tzw. stażu. Doświadczenie dość pożyteczne i ciekawe. A ponieważ zbiegło się w czasie z licznymi próbami... kontaktów międzypłciowych to i bardzo wesołe. Dość rzec, że było nas ponad dwadzieścioro, w porywach do czterdziestu (wliczając tych, którzy byli przed jak i za mną przyjęci na staż do tej instytucji).
Wtedy poznałem jednego ze swoich przyjaciół, odkryłem 3 program Polskiego Radia oraz wspomniany na początku zespół LAO CHE.

Do dzisiaj wracam do archiwum, gdzie pracowałem. Stosy opasłych teczek, zapach starego papieru, małe radio na parapecie, Trójka włączona bez przerwy i zbliżająca się wielkimi krokami nowa płyta Lao Che, której jednym z singli była właśnie Zima Stulecia. Śnieg padający za oknami, święta, imprezy, nowe znajomości... Słowem studenckie życie, którego nie miałem z uwagi na tryb zaoczny ;)
Również mój najpoważniejszy zryw twórczy był bezpośrednim następstwem owych perypetii. Całą tą sielankę przerwał wypadek, któremu uległem zaraz po stażu. Niczym gruba kreska, za którą zaczyna się prawdziwe życie. I zaczęło się :p Było nawet jeszcze lepiej, chociaż ryzyka i konsekwencje działań były o wiele poważniejsze...

Tak więc: Zima stulecia!

P.s.: w tym roku zapowiadali zimę stulecia już w listopadzie, mamy grudzień i jak na razie za oknem na +, a śnieg widziałem ze trzy razy ;)

środa, 4 października 2017

Steve Jobs

Książkę wysłuchałem w formie audiobooka, dostępnego jakiś czas temu w promocji na stacjach sieci benzynowej... Długo przybierałem się do tego słuchowiska, głównie z powodu jego długości (ponad 24h!), ale ostatecznie nie żałuję.

Ale od początku.

Jest to biografia Steve'a Jobsa, jednego z największych wizjonerów naszych czasów (co wielokrotnie jest podkreślane ;)), ojca sukcesu Apple oraz ich wynalazków. Przypisuje mu się także liczne inne zasługi, chociaż sama książka nie próbuje gloryfikować bohatera.

Rzekłbym wręcz, że przestawia człowieka jakim był Jobs. Z jego licznymi wadami oraz zaletami. Bez próby wygładzania, czy ukrywania niewygodnych faktów ;)

Dla mnie okazała się szczególnie wartościowa z kilku powodów. Po pierwsze skupia się nie tylko na Jobsie, Apple ( a firma ta to nieodzowna część życia Jobsa), ale także historii doliny krzemowej czy powstania i ewolucji komputerów osobistych aż do lat 90... Liczne anegdoty, opisy i opinie gigantów IT dają niezły obraz całości tego kawału historii rozwoju technologii. Wciąż bliskiego naszemu pokoleniu. Znajdziemy też tutaj odpowiedzi na pewne legendy krążące wśród geeków, wiele odniesień do popkultury amerykańskiej... Ze zdziwieniem odkryłem, że wiele faktów z życia Jobsa użyta była później np. w filmach, książkach czy przedstawiana w formie historii krążących od lat po sieci. Więcej tego niż mógłbym się spodziewać ;)

Poznajemy człowieka jakim był, ale także takiego jakim lubił się kreować. Autor sprawił, że biografia przypomina wszystko to, w co wierzył jej bohater: dobry produkt ;) W tym wypadku szczere i bezkompromisowe przedstawienie nam sylwetki Jobsa chyba nawet z większym naciskiem na cienie niż jasne strony :) Liczne cytaty bohatera, jego rodziny, współpracowników czy pracowników dają spójny obraz tego kim był Jobs. Pozwala także samemu ocenić jakim człowiekiem był: tutaj autor pozostawia dowolność interpretacji, a miejscami widoczna sympatia do bohatera jest zwykle oznaczona czerwoną flagą przez samego autora. Uczciwie.

Idąc dalej jest to biografia niesamowicie obszerna, co z jednej strony pozwala przemycić wiele smaczków... z drugiej jednak momentami nuży (ponad 700 stron!), zwłaszcza, że wielokrotnie podejmowane są te same tematy. Jest to oczywiście poparte innymi okolicznościami, wypowiedziami czy historyjkami. Ja mam jednak mieszane uczucia. Z drugiej strony fanatycy Apple będą wniebowzięci...

Wreszcie zaś jest tak dobrze napisana, że momentalnie zżywamy się z przedstawioną osobą i przynajmniej ja na jej końcu czułem, że razem ze śmiercią bohatera tracę kogoś bliskiego (słuchałem jej przez tydzień czasu, więc pewnie i to dołożyło tutaj swoją cegiełkę ;)). Brawa za warsztat.

Każdy, kto jest pasjonatem nowoczesnych technologii, historii powstania komputerów osobistych czy rewolucji informatycznej znajdzie tutaj coś dla siebie. W odniesieniu do Jobsa, jego firm(y), jego rywali i przyjaciół, którzy tworzyli podwaliny pod dzisiejszy rynek IT. Jest tu także historia człowieka, który na przekór wszystkim dokonuje czegoś niemożliwego (dobrze, że nie wiedział, że to niemożliwe... albo i nie chciał wiedzieć!).


I jeszcze jedno...

Steve Jobs jako człowiek pełen wad, prawdopodobnie i zaburzeń na tle psychologicznym... dokonuje tylu nieprawdopodobnych rzeczy, że gdyby ta historia nie wydarzyła się naprawdę, pewnie nikt by w to nie uwierzył :)

piątek, 1 września 2017

Pięćdziesiąt lat produkcji kombajnów do zbioru zbóż w Płocku 1954-2004

Kombajny serii Bizon po raz kolejny goszczą na blogu :) Tym razem w charakterze recenzji/opisu jednej z nielicznych publikacji na temat fabryki maszyn żniwnych oraz historii stojącej za powstaniem tej wspaniałej maszyny. 


„Pięćdziesiąt lat produkcji kombajnów do zbioru zbóż w Płocku 1954-2004”
Janusz Majchrzak, Jerzy Stefański, Wacław Wojciechowski.
Wyd. Towarzystwo Naukowe Płockie, Płock 2004

Książka podzielona jest na 5 zasadniczych części, z których trzy pierwsze napisane są kolejno przez autorów: 
1. Historia powstania fabryki począwszy od XIX wieku, przez sytuację powojenną, produkcję pierwszych maszyn rolniczych, a później kombajnów... aż po upadek zakładu w zderzeniu z gospodarką wolnorynkową (motyw ten pojawia się wielokrotnie w książce, poruszany na wiele sposobów przez autorów jak i innych pracowników fabryki w części "wspomnieniowej").

2. Rozwój zaplecza technologicznego zakładu wraz z opisem struktur organizacyjnych, kadrowych etc. Rozdział w mojej ocenie szczególnie zainteresowałby inżynierów, techników czy po prostu pasjonatów rozwoju techniki w naszym kraju.

3. Rozdział trzeci to szersza próba opisu oraz zmierzenia się z losem jaki spotkał fabrykę w latach 90, prowadząc do jej ostatecznego upadku, oraz przejęcia "zgliszczy" przez koncern Case New Holland. Opisane rzeczowo kolejne etapy i próby podźwignięcia zakładu z zapaści, Bez zbędnego politykowania (chociaż nie bez wskazania winy w rządzie), oraz nadmiernych emocji. Opis ciekawy zarówno z punktu widzenia historycznego (podobny los spotkał większość naszych dużych zakładów przemysłowych) jak i praktycznego (wskazanie, które działania były skuteczne, które mniej, czego zaniechano...). 

Kolejne rozdziały to wspomnienia pracowników fabryki, podzielone na dłuższą część opisującą ich losy związane bezpośrednio z FMŻ, oraz ostatni rozdział przedstawiający dalsze losy zarówno pracowników jak i części majątku spółki. 

Uzupełnieniem jest kolekcja fotografii oraz bogaty index wymienionych w książce osób (głównie pracowników FMŻ). 




    Pierwsze co rzuca się w oczy, i w sumie nie powinno być żadnym zaskoczeniem po zapoznaniu się z sylwetkami autorów, to styl narracji. Widać, że pisali to inżynierzy :) Oficjalnie jest to monografia, zatem dość oszczędna w opisach, ale bogata w treści. Poza dr J.Stefańskim, który przedstawia nam rys historyczny fabryki, królują na kartach technicy :) Lektura jest jednak bardzo przystępnie napisana i z pewnością nie tylko dla umysłów ścisłych. Sam pomimo, że nie ogarniam tematu zbyt dobrze (wiem co to tokarka ;)), a z produkcją miałem niewiele wspólnego, przeczytałem całość z nieukrywaną przyjemnością. Niemal w każdym zdaniu przebija się zaangażowanie i pasja autorów, duma z pracy oraz osiągnięć zakładu oraz niesamowita droga, jaką przebyli. Dużo uwagi poświęcone jest też załodze, której wkład w fabrykę jest podkreślany na każdym niemal kroku. Obecnie dość egzotyczne myślenie, jak mi się wydaje ;) 
   Dalej mamy dość szczegółowo opisane przygotowania do wdrażania kolejnych produktów fabryki, począwszy od żniwiarek, przez Vistule, aż w końcu Bizony w każdej wersji (Rekord, Gigant, Super, ZO40, wersje eksportowe etc.) i to spoglądając nań z kilku perspektyw! Narracje mieszają się i tą samą historię obserwujemy oczami głównego projektanta, kierownika odlewni, kierownika OBR, dyrektora głównego czy kierownika produkcji... Którzy wiążą z FMŻ losy swego życia na różnych etapach życia fabryki. Daje to szerokie spektrum na całość historii FMŻ. Opisane są zarówno maszyny używane w produkcji, procedury obowiązujące na poszczególnych działach jak i innowacje technologiczne wprowadzane do produktów. Cenne z mojej perspektywy były także opisy życia/pracy w okresie PRLu.

   Historia FMŻ, przez całą ewolucję fabryki, pełna jest zakrętów, momentów przełomowych oraz walki o byt. Równocześnie wielu powodów do dumy dla pracowników. Oto w kraju niemal doszczętnie zniszczonym przez wojnę powstaje z popiołów, rozwija się i odnosi sukcesy nowoczesny zakład produkcyjny. Kombajny zbożowe, w szczególności Bizon, zmieniły obraz polskiej wsi, do dzisiaj królując na polach. Pomimo faktu, że noszono się z zamiarem zakupu licencji zachodniej, a sam Bizon powstawał niejako w konspiracji, po godzinach, tworzony "za darmo" przez pracowników i bez żadnych gwarancji na wdrożenie do produkcji w realiach gospodarki centralnie sterowanej. A jednak powstał i był ogromnym sukcesem. Historia FMŻ i Bizona jest wspaniałą opowieścią o poświęceniu, ryzyku, oddaniu oraz determinacji jej pracowników. W czasach ZSSR udało im się stworzyć polski, zaawansowany produkt niemal od zera, który odniósł sukces w kraju jak i za granicą. O tym jest ta książka. Równocześnie do historii takich zakładów jak FSM czy FSO, toczyła się batalia o polską wieś: jej rozwój i przyszłość. Dla wielu historia nieznana, pominięta, zapomniana... W końcu pojazdem np. FSO czy FSM poruszał się praktycznie każdy czterdziestolatek w tym kraju, do czego Bizona nie sposób porównać. Z drugiej strony, nie ma chyba takiej osoby, które nie wiedziała by czym ten Bizon jest. Tym bardziej boli fakt, że zakład nie przetrwał bolesnego zderzenia z transformacją ustrojową...

   Polecam zatem każdemu, kogo ciekawi rozwój techniki w naszym kraju. Z jakimi przeciwnościami zakład przez te 50 lat musiał się mierzyć, oraz co zadecydowało o tym, że jak napisałem ciut wyżej: każdy w tym kraju wie co to kombajn Bizon :)
 

Errata:
Na ślad tej publikacji trafiłem dzięki bardzo ciekawemu artykułowi w portalu www.konstrukcjeinzynierskie.pl (linki na dole), dotyczącym historii kombajnów z Płocka. Wskutek kolejnego nawrotu choroby bizonowej, musiałem zgłębić temat bardziej. Stąd moje poszukiwania opisywanej publikacji. Po samą książkę, niedostępną w tej chwili w żadnej księgarni, wybrałem się ponad 200 km... do biblioteki w Płocku (niewielki nakład czyni pozycję wyjątkowo trudno dostępną). Mimo to szczerze zachęcam do zgłębienia historii FMŻ. W sieci jest trochę informacji na ten temat... Warto też byłoby napisać do wydawcy, być może pod wpływem zainteresowania zdecydował by się na dodruk książki (napisałem do nich w pierwszej kolejności, licząc na jakieś zachomikowane egzemplarze... niestety bez sukcesu). Opisywany egzemplarz znalazłem w bibliotece i jest szansa, że znajduje się on jeszcze w kilku większych miastach w Polsce. Z tego co wiem istnieje też system wypożyczania zdalnego, w którym biblioteka, która posiada interesującą was pozycję, może wysłać ją do tej waszej.

Osobiście i szczerze polecam.

www:
Artykuły o Bizonie na konstrukcjeinzynierskie.pl 
"30 Lat produkcji kombajnów..." - starszy tekst jednego z autorów, przedsmak tego co znajdziemy w książce. 

PS: 
"Pierwszego września 1971 roku z taśmy montażowej FMŻ zjechała ostatnia Vistula z numerem 19 000, a na taśmę wszedł BIZON. Historyczny moment. Zmiana pokoleń." - 46 lat temu... :)

niedziela, 11 czerwca 2017

Fallout 4

Miałem okazję pograć w tę grę z okazji darmowego weekendu i chociaż było to raptem ~10 h rozgrywki, to myślę, że jako wierny fan serii jestem w stanie ocenić ową produkcję :)

A przynajmniej sobie ponarzekam.

Spodobał mi się motyw przejścia ze świata sprzed do tego po wojnie :) Hibernacja głównego bohatera na 200 lat to coś, czego jeszcze nie było. Podobnie główna oś historii mi, jako rodzicowi, przypadła do gustu i mogłem się wczuć w swoją postać z marszu.
Mógłbym się oczywiście przyczepić, że sam wstęp jest trochę zbyt mało dramatyczny. Moim zdaniem za szybko umieszczono nas w komorze hibernacyjnej, nie pozwalając na dłużej rozkoszować się atmosferą schyłku cywilizacji... Nie zaszkodził by quest czy dwa zanim zostaniemy mrożonką.

Po przebudzeniu już nie jest tak różowo. Wychodzimy na powierzchnię, a tam nasze miasto oprócz tego, że zniszczone, to w prawie nie zmienionej formie. Przez 200 lat :)
Sama obecność mr. handy jest równie niedorzeczna... Wielu także się czepia, że w ciągu godziny otrzymujemy dostęp do PA i walczymy z deathclawem... coś w tym jest. Bo zwykle na ciężkie zabawki trzeba było zapracować.

W tym miejscu przejdźmy do dialogów... znaczy ich sugestii :) Bo inaczej tego nazwać nie można. Zrezygnowano z ambitnej rozrywki na konto rozrywki w filmowym stylu (nasz bohater otrzymuje ponadto głos, co jest również nowością). Całość interakcji jest za to bardziej dynamiczna i otrzymujemy poprawną mimikę postaci, co teoretycznie pozwala lepiej się wczuć w klimat...

Właśnie. Po dość dobrym wstępie, przeciętnym wyjściu z krypty... akcja jakby spowalnia. Dostajemy jeden trop, mogący prowadzić do naszego dziecka, a poza tym serwowane są nam odwracacze uwagi bez większego sensu :) Zadania, które już przerabialiśmy... w nieco innej wersji. Nudno.
Budowa osady wprawdzie daje pewne pole do popisu, ale znów - co to ma do historii? Czemu rodzic, który wczoraj stracił dziecko ma teraz budować chatki na piasku? Czemu?

Przerobienie gry na dynamiczną rozgrywkę przy jednoczesnym spłyceniu fabuły i rozwleczeniu jej we wszystkich możliwych kierunkach - przepis na niestrawność.

Sama konwencja mogła by być w jakimś stopniu strawna, gdyby konsekwentnie trzymać się jednej konwencji... a tutaj twórcy próbowali zrobić nowego fallouta, trzymając się starych schematów, które nie zgrały się z mechanizmami produkcji.
Po New Vegas oczekiwania były duże i fani serii na pewno zadowoleni nie będą.
Zapomniałem wspomnieć o kreacji postaci, która delikatnie mówiąc została potraktowana jak wszystko w tej grze - po macoszemu.

Nie jest to gra, którą można uznać za godnego następcę w cyklu. Może jakiś przyszywany stryjeczny brat?
Potencjał jest, jednak został on koncertowo przerżnięty w jakąś karykaturę RPG :(

Jak gra stanieje, to zapewne zakupię celem dalszych testów. Mam przeto nadzieję, że moje odczucia zmienią się na plus w jakimś stopniu... ;)

niedziela, 23 kwietnia 2017

Patriotyzm Konsumencki

Przypomnijmy post stary jak internet:

Dzień z życia Polaka : Wstaje rano, włącza japońskie radyjko, zakłada amerykańskie spodnie, wietnamski podkoszulek i chińskie tenisówki, po czym z holenderskiej lodówki wyciąga niemieckie piwo. Siada przed koreańskim komputerem i w amerykańskim banku i zleca przelewy za internetowe zakupy w Anglii, po czym wsiada do czeskiego samochodu i jedzie do francuskiego hipermarketu na zakupy. Po uzupełnieniu żarcia w hiszpańskie owoce, belgijski ser i greckie wino wraca do domu. Gotuje obiad na rosyjskim gazie . Na koniec siada na włoskiej kanapie pijąc kolumbijską kawe słodzoną ukraińskim cukrem i... szuka pracy w niemieckiej gazecie - znowu nie ma! Zastanawia się, dlaczego w Polsce nie ma pracy i a jak jest to za 1200???

Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że Polak chciał mieć to, co najlepsze. Jak auto, to niemieckie (dawno i nieprawda), jak elektronikę to japońską (95% produkowane w chinach), jak płytki to włoskie... etc.
Produkty polskie, zwłaszcza z okresu PRL i początków transformacji nie były najwyższych lotów, a już na pewno nie mogły konkurować z zagranicznymi markami, szturmem zdobywającymi nasz rynek agresywnym marketingiem na wszystkich frontach.
Obecnie trend się odwraca. Po pierwsze na zachodzie produkty są zupełnie inne niż na początku lat 90-tych. Nie muszą i często nie służą latami - są projektowane budżetowo, na przetrwanie sezonu/x lat, w czasie których pojawi się nowa wersja/generacja. Technologia z kolei na tyle się rozwinęła, ze tanim sposobem możemy zapewnić sobie funkcjonalność i odrobinę luksusu, która wcześniej była niedostępna z wielu powodów: tutaj podał bym przykład mebli. Obecnie produkowanych ze sklejki, płyt mdf, wiórowych etc które nie wytrzymują próby czasu lub eksploatacji (dzieci, zwierzęta etc.) i w zasadzie są jednorazowe. Mało kto też wymaga od nich tej trwałości. Trendy/moda/dostępność i względna taniość oraz potrzeba zmian sprawiła, że obecnie łapiemy się na to co nowe, modne i na topie.
W międzyczasie polskie firmy nadrobiły dystans po nierównym starcie. Oczywiście te, które przetrwały... Powstało też wiele nowych, które zajęły nisze, znalazły swoich odbiorców i pomału rosną w siłę.
Nasza świadomość też się zmieniła. I miejmy nadzieję, że ten trend będzie wzmacniany wszelkimi możliwymi sposobami.



Sam staram się dawać dobry przykład, kupując np. polskie filtry marki Filtron :) Są może nieco droższe, ale na pewno lepsze. Chociaż auto francuskie (np. Opel Astra jest całkiem polskim samochodem, biorąc pod uwagę ile procent wartości produkcji zostaje u nas), a pozostałe asortymenty zapewne chińskie... to powoli ten trend się odwraca. Stołek z Pepco np. został zastąpiony w kuchni takim od rzemieślnika, z rynku.