niedziela, 29 marca 2020

The Long, long way (5000!)

W swoim życiu kilkukrotnie udało mi się otrzeć o wypadki/przypadki czy wydarzenia tak nieprawdopodobne, że mogłyby nosić znamiona cudu. Dzisiaj dotarło do mnie, że oto znów, nieświadomie, dawno temu (ale to prawda!) i w sumie całkiem przypadkowo maczałem swe paluszki w pewnej niesamowitej historii.

A zaczęło się niewinnie, od telefonu pewnego klienta zainteresowanego (pilnym!) transportem kombajnu. Pracowałem wtedy jako spedytor w firmie Sobol-Trans, więc nie było to dla mnie nic szczególnego - robiliśmy to niemal codziennie: jednym z filarów działalności firmy był właśnie transport kombajnów po EU. Kombajn okazał się być naszym rodzimym Super Bizonem Z056, który to jakiś pasjonat emigrant z USA kupił w okolicy Zambrowa. Tak się złożyło, że byliśmy w okolicy, mieliśmy wolne auto... i w godzinkę nasz transport pojawił się u gospodarza :)
Zapamiętałem to zlecenie dokładnie, gdyż nigdy wcześniej, ani później nie woziliśmy Bizona. Generalnie specjalizując się w kombajnach zachodnich, przeważnie dużych, naszymi klientami byli importerzy czy firmy usługowe wynajmujące kombajny na usługi na terenie całej Europy.
No i był to jeden z nielicznych transportów, które przeprowadziłem sam od A do Z.


Na zdjęciu już zapakowany, ale więcej można się dowiedzieć z filmu, na który natrafiłem dopiero dzisiaj:


Tak oto stałem się jednym z trybików w dość skomplikowanej maszynie. Na razie bowiem chodzi tylko o zakup Bizona, filmik na YT... a szczęśliwy nabywca nie jest w sumie gwiazdą Hollywood ;)
Przejdźmy zatem o kilka lat do przodu... kiedy to studiując historię FMŻ natrafiłem na ślady LONGa 5000 - jednej chyba z najbardziej nietypowej wersji eksportowej w historii FMŻ.


LONG 5000 to wersja Bizona Super z powiększonym zbiornikiem na ziarno, hydraulicznym otwieraniem rury zsypowej czy często o napędzie hydrostatycznym... Co w latach jego produkcji było absolutnie wyjątkowe i stosowane tylko w eksporcie. Co ciekawe również zegary były w jednostkach stosowanych w USA. No i oryginalnie malowane były na niebiesko, co w krajowej produkcji pojawiło się dopiero w połowie lat 90-tych. Importer na miejscu naklejał swój logotyp, oraz doposażał kombajn w motowidła produkcji JD, klimatyzację oraz sieczkarnie.
Po wysłaniu tych 200 sztuk za ocean generalnie importer zrezygnował z dalszej współpracy. A pozostałe w fabryce kilkadziesiąt sztuk przemalowano na czerwono i zaoferowano jako Bizon America na rynek skandynawski. Kilka-kilkanaście sztuk doczekało się re-eksportu do Polski i można gdzieniegdzie spotkać takiego Bizona w polu.

Aż dziwne, że nigdy nie rzucił mi się w oczy... wszak był czas, że przejeżdżałem tamtędy codziennie :)

Wracając jednak za ocean... Przez dłuższy czas pojawiały się różne zasłyszane fakty o Longach. Ktoś sobie przypominał, że takiego widział. Gdzieś dwa stały przy drodze... Polonia dość aktywnie starała się wytropić ślady ukochanej ojczyzny na jankeskich rżyskach. Bez skutku.
Obserwowałem te starania przez dłuższy czas. Nie napawały szczególnym optymizmem, zwłaszcza, że los tych kombajnów był raczej przesądzony. Bez dostępu części zamiennych prędzej czy później kończyły na złomie... A czy jakiś mógłby przetrwać te prawie 50 lat w stanie nie jako kurnik albo porośnięty badylem wrak?
Dopiero na tym forum udało się natrafić na ślad jednego z 200-230 egzemplarzy wyeksportowanych do USA, który najprawdopodobniej przetrwał do dzisiejszych czasów.
Odzew był tak duży, że gość, który umieścił ten post został zasypany wiadomościami od Polaków, a na forum nie dało się zarejestrować z zagranicy (próbowałem... :D).
Historia zakończyła się jednak happy-endem, jak w dobrej, hollywoodzkiej produkcji ;)
Kombajn został odnaleziony i kupiony przez pasjonata-emigranta z Polski.

Za 200$ ów szczęśliwiec zakupił kombajn, który podczas 3 żniw uległ awarii i przez kolejne kilkadziesiąt lat przestał w garażu w stanie nienaruszonym - właściciel zapewne miał problem z importem części z Polski. Udało się zatem odnaleźć wyjątkowy egzemplarz w naprawdę wyjątkowym stanie (ze świecą szukać w Polsce tak zadbanego zwykłego Bizona).

Ale gdzie w tym mój udział?
Cóż... wprawdzie kontaktowałem się z tym i owym, miałem już nawet heroiczny plan jak ew. sprowadzić toto do kraju, gdyby udało się go odnaleźć... z gotową listą kontaktów muzeów, firm transportowych i mediów, które mogłyby dopomóc sprawie ;)
No ale na szczęście nie było to potrzebne :)

Klamrą, która spina całość jest fakt, że Bizon, którego pomagałem przewieźć przez pół Polski kilka lat temu i Long 5000 cudem odnaleziony po drugiej stronie oceanu mają tego samego właściciela :)

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Hmm... to brzmi logicznie!

Nie ma takiej rzeczy, której nie można spierdolić, prawda?
Entropia podświadomie zawsze była moim celem w życiu. Może nie do końca pożądanym czy nawet chcianym... ale trzeba w końcu nauczyć się z tym żyć.

Co zatem dobrego może wyjść z życiowej tendencji do rozpieprzania rzeczy naokoło?

Zaczerpnięte z fizyki pojęcie entropii zyskało popularność w obszarze kultury i sztuki w latach 60., między innymi dzięki artystom i teoretykom skupionym wokół nowojorskiej ,,Park Place Group”. Entropia stała się nową perspektywą dla sztuki, która celebruje rozpad, demontaż, dekomponuje czas, materię i przestrzeń, by przyjrzeć się tym wyizolowanym czynnikom.
Entropia nie musi prowadzić do chaosu, jak to ma miejsce w przypadku nauk społecznych, gdzie termin ten stał się metaforą dla procesów wewnętrznej organizacji społecznej. W układach społecznych stan o niskiej entropii i wysokim stopniu wewnętrznej organizacji odpowiada społeczeństwom stanowym, kastowym oraz monarchistycznemu czy dyktatorskiemu reżimowi władzy. Wzrost entropii wydaje się być procesem pozytywnym, stwarzającym przestrzeń dla wolności jednostek. 
źródło

Podczas wojny świetnie sprawdziłbym się jako sabotażysta :p
Wyburzenia, demolki, na zlecenie i bez...
Instruktor BHP z powołaniem.
Instruktor jazdy ;)
Doradca małżeński :D
itd.

No ale najistotniejsza zaleta ukazała mi się za sprawą pewnego obrazka z pinterestu ;)
Obserwuję tam kilka tablic z interesującymi mnie tematami. Jedną z nich jest porady dot. pisania i na tejże ukazała się złota rada pewnego użytkownika (obrazek zapisałem na dysku, autora niestety nie)
Pozwoliłem sobie przetłumaczyć:

Myślę, że to najlepsza rada dotycząca pisania, jaką kiedykolwiek dostałem. Pochodziła od autora popularnych powieści, który odwiedził moją szkołę, gdy byłem w klasie 8.
Powiedział, że kiedy chcesz napisać powieść lub jakąkolwiek inną historię, typowy system „O czym jest moja historia? O kim ona jest? Co się stanie?”. są najgorszą rzeczą, jaką możesz zrobić.
Pisanie jest o wiele prostsze.
Jego rada polegała na postawieniu sobie trzech pytań, których nigdy nie zapomnę:
Kim jest ta postać?
Czego postać chce bardziej niż czegokolwiek?
I jak mogę jej to uniemożliwić?
 Prawda, że piękne?
Ale w międzyczasie przepuściłem to przez pryzmat swoich doświadczeń i wyszła mi krótsza, treściwsza wersja. Pomijając wstęp:

Kim jest ta postać?
Czego chce najbardziej na świecie?
Jak można mu to spierdolić!?

Oto ja, dziecko szczęścia i entropii, żyjące w idealnym miejscu i czasie (kraju zwłaszcza), otrzymałem istne objawienie na swej drodze ku nicości... Teraz mogę zawrócić, spojrzeć odważnie przed siebie i z pełną odpowiedzialnością za swe moce rozpierdalać wymyślone życiorysy w imieniu i na chwałę kilku muz.
Życie jest piękne.



piątek, 3 stycznia 2020

Szklana Pułapka.

Tytuł trochę nieoczywisty, ale z racji, że trwa wciąż "okres świąteczny", film z tytułu osadzony jest w tejże ramie czasowej... a polskie tłumaczenie nijak się ma do oryginału (Die Hard) to wybornie wpasował się w moje małe tapu-tap.

A zatem:
COLD HARD TYPE
(czego tłumaczyć się nie odważę)

Z tytułem:
Paradigm Shifts: Typewritten Tales of Digital Collapse
co można zrozumieć jako:
Przesunięcia Paradygmatu: Wystukana na Maszynie Opowieść o Cyfrowym Upadku

A w nim moje skromne opowiadanie: The Eve of War - świąteczna "Wigilia Wojny", czy tam poprawnie językowo: "W przededniu Wojny"

Śpiesząc z wyjaśnieniami: wziąłem udział w projekcie non-profit w środowisku zafiksowanych fanów maszyn do pisania. Projekt nazywa się COLD HARD TYPE.
Znane w środowisku persony skrzyknęły się, aby stworzyć antologię opowiadań, której głównym założeniem było wyeliminowanie z życia doczesnego nowoczesnej technologii i powrót do łask ukochanych maszyn (oraz innych zapomnianych/wypartych przez cyber-rewolucję urządzeń, zwyczajów itd).
Klimaty dość mocno post-apo, anty-digital - z uwagi na konieczność wyeliminowania nowoczesnej technologii ze świata przedstawionego, a zwłaszcza komputerów i wszystkiego tego, co przyczyniło się do wyparcia maszyny do pisania z użytku.
Ale też widoczne trendy slow-life, hipsterstwa i generalne wskazanie na to, co nam odebrał postęp technologiczny - wiele nutek zwykłej, swojskiej nostalgii.
Warunkiem, oprócz ogólnego zarysu upadku cyfrowej cywilizacji i wskrzeszenie zapomnianych maszyn do pisania - które to miałby być istotnym elementem prezentowanych historii, było napisanie owego skryptu na maszynie i OFC po angielsku - w takiej formie są one w książce publikowane.
Z początkowo zaplanowanego zbioru opowiadań powstała 2 tomowa antologia, publikowana na zasadzie print on demand/selfpub.

Wymagający proces twórczy - zdjęcie dramatyzowane.


Aby nie było za łatwo, w jury zasiadło dwu czynnych profesorów (filozofii i anglista) oraz pisarz. Jakaś tam selekcja była, gdyż odrzucono część nadesłanych tekstów.

Warto tez wspomnieć, że w projekt zaangażowało się wielu amatorów, profesjonalistów (niekoniecznie stricte pisarzy) oraz było to wyjątkowo międzynarodowe środowisko.
Nadesłano ponad 90 opowiadań, 7 wierszy i 15 zdjęć. Autorzy pochodzą z USA, Kanady, Meksyku, Niemiec, Francji, Anglii, Norwegii, Szwajcarji, Polski, Australii, Tajlandii i innych.
Co mi przynosi szczególną satysfakcję to fakt, że napisałem swoje opowiadanie od razu po angielsku oraz, że udało mi się na etapie redakcji zachować smaczki kulturowe oczywiste dla naszego środowiska (rzecz dzieje się ofc w Polsce), ale niekoniecznie zrozumiałe dla obcokrajowców.
Na etapie redakcji w zasadzie przepisano moje opowiadanie (normalka na zachodzie, choć zwykle autor robi to sam), ale z zachowaniem 90% mojego stylu (reszta poległa w zderzeniu z angielską gramatyką). Przepisanie miało na celu uczynić mój angielski - międzynarodowym angielskim.

Tom pierwszy skupia się na przedstawieniu procesu upadku cywilizacji (w nim znajduje się moja skromna twórczość), natomiast drugi przedstawia świat już okrzepły w nowych ramach. Poszczególne opowiadania nie należą do długich (limit 5000 słów, ok 10 str. maszynopisu) i są ciekawym przekrojem przez różne wizje upadku cywilizacji. Mamy tu wizje dystopijne, utopijne, zalążki kryminału czy opowieści detektywistycznej, klimaty survivalowe czy militarystyczne. Nie brakuje też kameralnych, klimatycznych opowieści. Przekrój tak szeroki i różnorodny jak sami autorzy.



Z tego co udało mi się wywiedzieć, do tej pory udało się sprzedać około 350 szt. każdego z tomów. Sprzedać może nie jest tu właściwym słowem - gdyż cena książki to w zasadzie koszt jej wydrukowania - ale jak na pozycję mocno niszową jest to wynik niezły :)

Tom 1 na Amazonie
Tom 2 na Amazonie

W tym roku powstaje Tom 3, będący kontynuacją idei stojącej za wydawnictwem. Tym razem oprócz idei promowania użycia maszyn do pisania jest Podróż w Czasie :)
Gdyby ktoś chciał spróbować, to zapraszam i polecam:
https://loosedogpress.blogspot.com/


wtorek, 31 grudnia 2019

Ostatnie chwile starego roku...

All those moments will be lost in time, like tears in rain.
Szkoda, że w tym roku zaglądałem tu tak rzadko :) Nic nie dało wystarczającego impulsu, aby o tym napisać. Zwłaszcza, że musiałby to być naprawdę silny impuls. Na tyle, aby przechować się w głowie do czasu, aż będę miał chwilę aby go spisać.
Myślę, że nowy rok będzie pod tym względem łaskawszy.
Do siego :)

poniedziałek, 27 maja 2019

Coś więcej.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem maszynę do pisania, jeszcze zanim stałem się posiadaczem komputera (co obawiam się, było jednym z ostatnich tego typu "przypadków" XX wieku), urzekła mnie swoim designem oraz jakością wykonania. Jak wspomniałem we wcześniejszym poście: była to niemiecka Olympia SM3, jedna z najdoskonalszych przenośnych maszyn stworzonych przez człowieka (jak zresztą cała linia SM, ale to 3 i 4 generacja jest najpopularniejsza i ich produkcja przypadła na złoty wiek tych urządzeń).
Każdy mechanizm chodził świetnie w urządzeniu, które miało na owy czas prawie 50 lat. A kiedy moja Olympia poszła w świat, miała lat 64 i nadal działała wzorowo.
Przy obecnym tempie wymiany technologicznej, wydaje się to wręcz abstrakcyjne... Ale też maszyna miała tylko jeden cel... po prostu pisać.


Na zachodzie wciąż wielu profesjonalistów używa maszyn do pisania. Przede wszystkim dlatego, że generalnie pozwala się skupić tylko na tym, do czego została stworzona. I wielu pisarzy ma zwyczaj tworzyć pierwszą wersję swoich tekstów w formie maszynopisu. Pozwala to bez przeszkód wyrzucić z siebie historię, która następnie będzie mogła być edytowana i poprawiana z użyciem nowoczesnych technologii.

Jest jeszcze coś, co powoduje, że są to wyjątkowe wynalazki. Ich ponadczasowość, cena (porównywalna z dzisiejszymi nowoczesnymi komputerami czy smartfonami z najwyższej półki), i użyteczność powodowała, że nie tylko o nie dbano, ale także przez lata taka maszyna częstokroć obrastała w historię.


Tak było i z moją Olympią SM3, którą zakupiłem niedawno od pewnej pani z Warszawy. Zwróciła moją uwagę polskimi znakami, gdyż generalnie nie spotkałem się wcześniej z Olympią SM3 z polską klawiaturą. Ta miała dodatkowo nietypowy jej układ, co widać na zdjęciu (generalnie 99% maszyn sprzedawanych w Polsce miało identyczny układ klawiatury, jak w Łuczniku prezentowanym wcześniej).
Jest to także nieco bogatsza wersja DeLuxe, która charakteryzuje się szyną z tabulatorami na tylnej części wózka - czego nie miała moja niemiecka "siotrzyczka".

Dzięki odrobinie szczęścia oraz woli współpracy pani Ani, udało mi się conieco dowiedzieć o historii egzemplarza nr 647757.

Ten konkretny egzemplarz należał pierwotnie do p. Tadeusza Ilnickiego, polskiego malarza żyjącego w latach 1906-1993, urodzonego na Podolu na Ukrainie.
 
Jego życiorys mógłby posłużyć za kalkę historii państwa Polskiego. Kształcił się w Odessie, aby zostać tam aresztowany podczas czystek Polaków w 1929 r, a następnie skazany na 3 lata gułagu w Archanielsku za organizację polskiego ruchu oporu. Udaje mu się jednak uciec i dostaje się do Francji w 1930, gdzie kontynuuje naukę malarstwa i witraży. W1933 wraca do kraju z uwagi na trudną sytuację finansową i osiada na Wołyniu (u ciotki). Tam pracuje aż do 1939 i rozpoczęcia wojny, aby uciec do Francji, a następnie Anglii: gdzie zaciąga się do I Dywizji Pancernej gen. Maczka. Po wojnie osiada w Anglii i rozwija swoje zamiłowania malarskie.
W 1976 artysta podarował 40 obrazów ze swego dorobku Muzeum Narodowemu w Warszawie, ale jego monograficzna wystawa odbyła się dopiero w 1985 roku.


Pod koniec lat 80. XX wieku Telewizja Polska nakręciła film o artyście pt.: „Człowiek w łódce”.
Po upadku komunizmu w 1989 roku Tadeusz Ilnicki wrócił z emigracji do kraju. Zamieszkał w Warszawie. 
 Maszynę wyprodukowano w roku 1955, a sądząc z Polskich znaków, służyć mogła do pisania korespondencji, wspomnień... oraz opisywania obrazów :)



Przejdźmy dalej.

Nie jestem pewien w którym momencie Olympia została podarowana p. Edmundowi Bronowskiemu (1924-2016), który to był rodziną dla p. Ilnickiego (ich losy zacieśniły się na Wołyniu).
Pan Edmund był związany po wojnie z Kętrzynem i tamtejszą społecznością. Grywał w "objazdowym teatrze" ZNAK, należał do chóru przykościelnego oraz angażował się przez całe swoje życie w liczne wydarzenia kulturalne. Od imprez szkolnych przez aktywność w Towarzystwie Miłośników Kętrzyna, Obronie Cywilnej Kraju, aż po konkursy literackie - gdzie jak sądzę Olympia była wielce pomocnym narzędziem. Z życia zawodowego warto wspomnieć o pracy w Urzędzie Skarbowym, następnie WKU, w którym p. Edmund doszedł do stopnia podpułkownika. Na emeryturze nadal aktywnie uczestniczył w życiu miasta, zostając nawet radnym. Nigdy nie myślał o opuszczeniu Kętrzyna, które to miasto stało się jego małą ojczyzną.

Pan Edmund związany był aktywnie z życiem Kętrzyna aż do późnej starości. Z tego co dowiedziałem się od wnuczki p. Edmunda (która sprzedała mi tę maszynę) pisywał na niej również swoje wspomnienia z Wołynia, wojennej tułaczki oraz inne teksty związane ze swoimi zainteresowaniami.

Oto jak pożegnano go w miejscowej gazecie:

"Można odejść na zawsze, by stale być blisko..." Ks. J.Twardowski Z żalem i smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Śp. Edmunda Bronowskiego Radnego Rady Miejskiej w Kętrzynie w latach 1998-2002 Wieloletniego pracownika Urzędu Miasta Kętrzyn Rodzinie i Bliskim wyrazy szczerego współczucia składają Burmistrz Miasta Krzysztof Hećman, radni Rady Miejskiej w Kętrzynie oraz pracownicy Urzędu Miasta Kętrzyn

Jak widać tak niepozorna, w przeważającej części zapomniana rzecz, może opowiedzieć niejedną historię.

środa, 31 października 2018

Predom Łucznik 1301

  Słowo nieprzypadkowe, gdyż Łucznik Radom jest fabryką broni. Konieczność zmiany profilu produkcji wymusiły ciężkie czasy powojenne (chodziło o zakończenie wojny w Wietnamie), kiedy to spadło globalne zapotrzebowanie na broń. Fabryka musiała coś uradzić, zdecydowano się więc na produkcję maszyn do szycia i właśnie maszyn do pisania.
Początkowo pod wspólną marką PREDOM - Zjednoczenie Przemysłu Zmechanizowanego Sprzętu Domowego „Predom”, będącą zjednoczeniem szeregu zakładów ze wspólnym mianownikiem, jakim było powiązanie z przemysłem zbrojeniowym. Aby następnie przeistoczyć się w PREDOM Łucznik, a na końcu w samo "Łucznik". W bogatym wachlarzu produktów PREDOM-u znajdowały się jeszcze urządzenia małego AGD (np. wentylator, młynek do kawy), pralki, projektory kinowe, rowery czy zegary.


  W Łucznik Radom, z uwagi na wcześniejsze powiązania ze szwedzkim Facit -znaną i cenioną marką maszyn do pisania, zdecydowano się na wykupienie licencji i produkcję modeli z rodziny Facit 1620 pod własną marką (wcześniej fabryka produkowała te maszyny dla Szwedów). Tak oto narodził się Predom Łucznik.
  Maszynę wyróżnia przemyślana konstrukcja, solidność i trwałość. Aczkolwiek polski klon zbudowany jest z gorszej jakości materiałów i sprawia wrażenie bardziej toporne. W oczy rzuca się słabsza powłoka lakiernicza, większa waga, twardsza praca i drobne niedoróbki produkcyjne.
Co ciekawe spodnia zaślepka jest wykonana z dykty, co teoretycznie powinno zmniejszyć wagę urządzenia.
 Mój egzemplarz  jest praktycznie nowy, choć wyprodukowany w 1973 roku. Pomijając delikatne otarcie pokrywy przez dźwignię powrotu, powstałe na skutek nieprawidłowego zapakowania przy wysyłce: stan fabryczny. Musiałem poświęcić jej jednak nieco czasu na przeczyszczenie (klawisze chodziły, jakby ktoś je trzymał. Okazało się, że smar zgęstniał przez lata nieużytkowania :)), oraz poprawić blokadę wałka, gdyż nie załapywała prawidłowo. Naklejka producenta też jest trochę krzywo przyklejona, ale na większości egzemplarzy w sieci "wędruje" ona nieznacznie w różne strony... urok PRL :)
Mechanizmy pracują prawidłowo, a wałek sunie z taką lekkością, jakby umieszczony był w powietrzu. Pisze się na niej dobrze, w moim odczuciu lepiej jak na prezentowanej wcześniej Olympii Traveller czy starej Olympii SM3.
Warto zaznaczyć, że Facit 1620 porównywany jest do Hermesa 3000, jednej z najlepszych mechanicznych maszyn do pisania. Predom Łucznik niewiele tu ustępuje pod względem technicznym.
Być może gdyby nie fakt, że rozpoczęcie produkcji w 1970 roku zbiegło się ze schyłkiem popularności maszyn do pisania (zachodnie fabryki zamykały właśnie swoje zakłady), oraz rewolucją technologiczną - komputerami, doczekałyby się jakichś rodzimych patentów czy nowych modeli.
Produkcja trwała do 1990 roku. Łucznik często spotykany był w urzędach, bibliotekach, szkołach, na posterunkach czy w innych instytucjach. Dzielnie służył zastępom urzędników, dziennikarzy i pracowników umysłowych :) Dostępny był także do użytku prywatnego, chociaż istniał rejestr ich użytkowników! (ogólny rejestr maszyn do pisania w czasach PRLowskiej cenzury).

Mam pewność, że i mi dzielnie będzie służyć :)

niedziela, 28 października 2018

Dlaczego Maszyna?

 Jak to mówią: idzie nowe. W moim przypadku jest to wielce wyczekiwana i długo poszukiwana Olympia Traveller. Maszyna do pisania z początku lat 70-tych, znanej i szanowanej firmy niemieckiej. Udało mi się zakupić sztukę zadbaną, gdzie jedynym mankamentem jest stara taśma :) 
Myślę, że wkrótce opiszę nieco dokładniej wrażenia z użytkowania.
Na razie jeden z pierwszych tekstów, jakie popełniłem, który wklejam w oryginale poniżej. Jest to raczej jednorazowa zabawa, gdyż tekst jest średnio wygodny do czytania w formie obrazka. Planuję za to przy pomocy programu OCR digitalizować pisane analogowo myśli i umieszczać je między innymi tutaj. Zatem kolejne wpisy będą zawierać cząstkę tej materialnej otoczki, jaką niewątpliwie posiada tekst tworzony na maszynie do pisania.
Poniżej mały felietonik, dlaczego tak, a nie inaczej :)