środa, 4 grudnia 2024

Największy zawód tego roku?


 Tak... to chyba sprawa miejsca X, które próbowałem pozyskać. Miesiące starań na marne... wymarzona miejscówka poszła w pizdu. Przez zbieg niefortunnych okoliczności oraz czyjeś znajomości.
Teraz już mi przeszło, ale kilka tygodni chodziłem rozgoryczony...

Czy to w przyszłości przerodzi się w coś lepszego? Były ku temu zakusy, ale i one spełzły póki co na niczym.
Nie odpuszczam tematu... ale też nie mam już takiej werwy aby się tym ekscytować.

Powinienem wrócić do tego o czym pisałem w poprzednim poście.

czwartek, 7 stycznia 2021

Warsztat (aspirującego) pisarza ;)

Przeważnie mam tak, że nie wierzę... I aby uwierzyć: muszę spróbować. Stad moje bezustanne dążenie do wypróbowywania różnych dróg w tym co robię. Czasem oczywiście (wzorem strego osła) uprę się przy jakimś rozwiązaniu niekoniecznie optymalnym... 

Takie kaprysy bywają jednak wybaczalne, o ile prowadzą do celu. 

Ćwiczę rzemiosło pisarskie od kiedy zacząłem w ogóle pisać. Wychodzi mi to różnie, zależnie od zaangażowania i "kaprysów". Wypróbowałem też wiele sposobów aby czynić swe grafomaństwo możliwie przyjemnym i sprawnym w tworzeniu. Od zeszytu i ołówka/długopisu przez edytory tekstu, maszyny, dyktafonu, google'a do specjalnych programów. Dzisiaj przedstawię trzy metody, które przeważnie u mnie działają na wyobraźnię ;) 

1. Prosty edytor tekstu. IBM T42

 W zasadzie nie piszę na MS Wordzie czy jego darmowych odpowiednikach, to ew. można zostawić na edycję czy 2 wersję tekstu. Korzystam aktualnie z Q10 writer, który jest tzw. bez-dystrakcyjnym edytorem tekstu. Domyślnie zajmuje cały ekran, nie ma żadnych linijek czy innych widocznych narzędzi. W zasadzie jest tylko starodawny kursor - kreska tam, gdzie stawiamy kolejny znak. W opcjach można dodać sobie podgląd statystyk (ilość napisanych znaków/wyrazów) czy dźwięk maszyny do pisania ;) Jest kilka programów tego rodzaju na rynku (darmowych) i szczerze je polecam.
Uważać należy natomiast na zgodność różnych wersji pliku przy przenoszeniu do poszczególnych programów. Ja robię zawsze przynajmniej dwie kopie tekstu po zakończeniu "sesji" - przeżyłem dwa pady dysku i przynajmniej jedno istotne uszkodzenie pliku. 
Dodatkowo korzystam ze starego laptopa bez dostępu do sieci - aby zminimalizować wszelkie pokusy czyhające na naszą wyobraźnię i uwagę...

W przypadku komputera polecam zaopatrzyć się z klawiaturę mechaniczną. Jest szybsza (w ogóle to najszybsza metoda pisania!) i wytrzymalsza od tańszych odpowiedników opartych na silikonowych gumkach. Wydaje też przyjemny dźwięk :) Mój IBMT42 ma jedną z lepszych klawiatur dostępnych na komputery przenośne, z tego co wiem w niewielu nowych lapkach są dostatecznie foremne, duże i szybko działające klawisze.

2. Elektroniczna maszyna do pisania. Smith Corona XD4900.
 
 
Jeden z moich licealnych zakupów, który przeleżał w szafie 10 lat zanim udało mi się zdobyć kartridże z taśmą. Działa teraz zaskakująco dobrze. Pisze się na niej szybko, a zarazem lekko. Klawiatura jest mechaniczna - nie ma porównania do silikonowych budżetówek w większości komputerów. 
Przewagę nad komputerem ma taką, że tekst od razu pojawia się na kartce. Trudno też zająć się czymś innym podczas pisania. Dla mnie istotny jest też fakt, że przez brak możliwości edycji maszyna niejako bezustannie pcha nas do przodu w pracy.
Mam do niej kilka taśm w zapasie, ale są jeszcze dostępne nowe kartridże do takich modeli jak Erica 3004/3006 oraz Optima SM20/22/24. I te ewentualnie bym polecał amatorom analogowej zabawy - same maszyny można wyrwać z serwisów aukcyjnych czy OLX za 100 zł lub mniej.

3. Mechaniczna maszyna do pisania. Olympia SM3.

Najbardziej ekstrawaganckie narzędzie do pisania, jakie znajdziecie :) W zasadzie większość klasyki od początku wieku z dużą dozą prawdopodobieństwa powstała na jakiejś maszynie do pisania. Jest ciężka, głośna i trzeba nauczyć się jej obsługi, ale ostatecznie daje klimat nieporównywalny z niczym innym.
Dostajemy to co wyżej, czyli tekst fizycznie na kartce. Nasz maszynopis jest zawsze gotów, aby do niego usiąść i kontynuować. Nie ma też przy niej miejsca na dystrakcje - czasem trzeba wymienić kartkę na czystą. Dźwięk dzwonka przy końcu linii i mechanizm powrotny wałka daje nam jasno do zrozumienia, że napisaliśmy kolejny wers.
Z wad należy wspomnieć, że jest wolniejsza od dwóch powyższych. Bywa to wadą, ale może być też zaletą, gdyż w połączeniu z brakiem możliwości edycji tekstu wymusza na nas głębsze przemyślenie tego, co piszemy.
Samo pisanie jest też w pewien sposób wymagające fizycznie - w klawisze trzeba uderzać dość stanowczo. Różnie to działa przy różnych modelach, ale jakaś siła zawsze jest wymagana.
Doskonała do krótszych form: listów, opowiadań etc.

Poza wadami i zaletami poszczególnych rozwiązań wszystkie łączy jeden mianownik: brak dystrakcji. W przypadku maszyn jest to także nie mniej dla mnie istotne "pchanie do przodu" z wstukiwaniem kolejnych wersów. Edytor tekstu umożliwia nam korektę na żądanie, co nieraz prowadzi do niepotrzebnego zatrzymywania się w miejscu. Obecnie wałkuję metodę parcia na przód i zostawiania edycji na drugą wersję tekstu - kiedy można się skupić na technicznej warstwie, a jednocześnie mieć już całą historię "ma papierze". Zobaczymy, jak mi to wyjdzie ;)

czwartek, 3 grudnia 2020

Koszulki Bizon w sklepie nikiniki.pl

 UWAGA: to NIE jest artykuł sponsorowany! :)


Głód na Bizonowe gadżety nie odpuszcza zatem na urodziny zażyczyłem sobie od swojej lepszej połowy kilka pierdółek z jakże obiecująco wyglądającego asortymentu sklepu nikiniki.pl. 

Mam w swojej szafie koszulkę z logo Super Bizon kupioną rok-dwa temu z pewnej aukcji. Jej jakość okazała się jednak daleka od deklarowanej marki premium nie tylko dla samej koszulki (fruit of the loom) ale też nadruku. Koszulka jest szorstka w dotyku i nierozciągliwa, a sam krój pozostawia wiele do życzenia. Ponadto nadruk zaczął odpadać i się łuszczyć przed osiągnięciem 10 wizyty w pralce - przy użytku rekreacyjnym, jednodniowym, jako główne okrycie wierzchnie latem ;) Produkt z epoki lat 90 i bazarowych okazji... niestety.

Po jakimś czasie...

Niespodziewanie dla mnie wyuczone algorytmy SI wyszukiwarki, przy współpracy z nie mniej bezdusznym automatem w portalu społecznościowym spełniły moje podświadome marzenia o posiadaniu czegoś fajnego z Bizonem.  

Trafiłem na reklamy sklepu nikiniki.pl, który to oferował wysokiej jakości koszulki i bluzy z kultowymi wynalazkami polskiej motoryzacji na nich (i nie tylko). Wśród Żuków, Nys, Ursusów C360 czy Fiatów znalazło się także miejsce na Bizona w najbardziej popularnej wersji Z056. Oczywiście podszedłem do sprawy z pewną rezerwą bo raz: nie lubię jak mi się coś narzuca, czy wręcz kłuje w oczy (kampania promocyjna była zdaje się dobrze opłacona ;)), a dwa, że nauczony doświadczeniem podchodziłem z dużą rezerwą do obietnic "wysokiej jakości".

W zasadzie kluczowy okazał się design, czyli stworzony przez artystę/grafika Jarosława Danielaka kombajn w ciekawym ujęciu. Zresztą każdy z prezentowanych tam wzorów jest "czyiś", a nie skopiowanym po chamsku obrazkiem z internetu. Punkt za to. 

Sama grafika nie jest naklejonym na tkaninę sitodrukiem, a niejako "wmalowanym" w koszulkę obrazem (choć adekwatniej należało by powiedzieć nadrukowanym na koszulce).







Oprócz koszulki skusiłem się także na kubek, tych nigdy dość! Torba na zakupy została za to dana niejako w gratisie do zamówienia - teraz ta opcja dostępna jest przy okazji paczki prezentowej.

Sama obsługa klienta oraz przesyłka zrobiły na mnie dobre wrażenie. Rynek customowych gadżetów jest nasycony, ale osoby stojące za marką odrobiły lekcje i wyszły naprzeciw klienta z czymś świeżym i niebanalnym. 

Koszulka jak na razie sprawuje się doskonale. Jest wykonana z przyjemnego materiału, krój ma nowoczesny, dobrze leżący na człowieku ;) Po nadruku nie widać na razie zużycia (kilka prań już za sobą ma), ale mogę zapewnić, że przynajmniej nie będzie odpadać, a afekt sprania maskuje sam obrazek ze swoimi postrzępieniami i efektami artystycznymi. Grafika wygląda jakby włókna były barwione "fabrycznie". Jej jakość jest nieporównywalna do sitodruku.

Do kubka w zasadzie także nie można się przyczepić, poza faktem, że to najprostszy model. Chciało by się mieć coś ciekawszego w formie. Czy inny model, czy np. z kolorowym wnętrzem - czerwone prezentowało by się doskonale.

Torba jak torba - dość sztywny materiał, użytkowałem w zasadzie dwa razy i porównując do innych tego typu to jest wykonana z grubszej tkaniny. Miły dodatek.

Sumarycznie mogę polecić, gdyż nie ma niczego lepszego obecnie na rynku. Patrząc na stale poszerzaną gamę wzorów i produktów (dziecięce body, bluzy, pudełka słodyczy, ściereczki do okularów czy plakaty....) z czasem każdy znajdzie coś dla siebie. Nie brak także motywów rolniczych w ofercie :) Bardzo fajna opcja na prezent!

Z uwag na koniec polecałbym biały kolor w przypadku Bizona. Przy innych wzorach dostrzegłem, ze niektóre kłócą się z wybranymi kolorami nadruków (np. czarna koszulka z Bizonem wygląda dziwnie...)

poniedziałek, 27 lipca 2020

Modele Bizona!

Ostatnio nieco ruszyło się w temacie modeli Bizonów. Do niedawna dostępny był w zasadzie tylko jeden model kartonowy firmy GMP:
Cieszy skala (1:25), chociaż odwzorowanie kombajnu pozostawia nieco do życzenia. 


Od niedawna firma ta ma także w swojej ofercie nowy model Bizona w wersji eksportowej Z5056, w trzech skalach (1:72, 1:87, 1:120) i zdaje się, że z nieco wzmocnionego materiału: model wycięty laserowo z barwionego w masie kolorowego kartonu:
Tutaj także link do pełnej oferty producenta pod hasłem "Bizon". Znajdziemy tam żywiczne koła do prezentowanych modeli, wycinane laserowo elementy czy kalkomanie. Miejmy nadzieję, że oferta powiększy się o inne modele FMŻ.
Wydawnictwo ma w swojej ofercie także inne modele polskich maszyn rolniczych oraz znanych nam pojazdów z okresu PRL.

niedziela, 29 marca 2020

The Long, long way (5000!)

W swoim życiu kilkukrotnie udało mi się otrzeć o wypadki/przypadki czy wydarzenia tak nieprawdopodobne, że mogłyby nosić znamiona cudu. Dzisiaj dotarło do mnie, że oto znów, nieświadomie, dawno temu (ale to prawda!) i w sumie całkiem przypadkowo maczałem swe paluszki w pewnej niesamowitej historii.

A zaczęło się niewinnie, od telefonu pewnego klienta zainteresowanego (pilnym!) transportem kombajnu. Pracowałem wtedy jako spedytor w firmie Sobol-Trans, więc nie było to dla mnie nic szczególnego - robiliśmy to niemal codziennie: jednym z filarów działalności firmy był właśnie transport kombajnów po EU. Kombajn okazał się być naszym rodzimym Super Bizonem Z056, który to jakiś pasjonat emigrant z USA kupił w okolicy Zambrowa. Tak się złożyło, że byliśmy w okolicy, mieliśmy wolne auto... i w godzinkę nasz transport pojawił się u gospodarza :)
Zapamiętałem to zlecenie dokładnie, gdyż nigdy wcześniej, ani później nie woziliśmy Bizona. Generalnie specjalizując się w kombajnach zachodnich, przeważnie dużych, naszymi klientami byli importerzy czy firmy usługowe wynajmujące kombajny na usługi na terenie całej Europy.
No i był to jeden z nielicznych transportów, które przeprowadziłem sam od A do Z.


Na zdjęciu już zapakowany, ale więcej można się dowiedzieć z filmu, na który natrafiłem dopiero dzisiaj:


Tak oto stałem się jednym z trybików w dość skomplikowanej maszynie. Na razie bowiem chodzi tylko o zakup Bizona, filmik na YT... a szczęśliwy nabywca nie jest w sumie gwiazdą Hollywood ;)
Przejdźmy zatem o kilka lat do przodu... kiedy to studiując historię FMŻ natrafiłem na ślady LONGa 5000 - jednej chyba z najbardziej nietypowej wersji eksportowej w historii FMŻ.


LONG 5000 to wersja Bizona Super z powiększonym zbiornikiem na ziarno, hydraulicznym otwieraniem rury zsypowej czy często o napędzie hydrostatycznym... Co w latach jego produkcji było absolutnie wyjątkowe i stosowane tylko w eksporcie. Co ciekawe również zegary były w jednostkach stosowanych w USA. No i oryginalnie malowane były na niebiesko, co w krajowej produkcji pojawiło się dopiero w połowie lat 90-tych. Importer na miejscu naklejał swój logotyp, oraz doposażał kombajn w motowidła produkcji JD, klimatyzację oraz sieczkarnie.
Po wysłaniu tych 200 sztuk za ocean generalnie importer zrezygnował z dalszej współpracy. A pozostałe w fabryce kilkadziesiąt sztuk przemalowano na czerwono i zaoferowano jako Bizon America na rynek skandynawski. Kilka-kilkanaście sztuk doczekało się re-eksportu do Polski i można gdzieniegdzie spotkać takiego Bizona w polu.

Aż dziwne, że nigdy nie rzucił mi się w oczy... wszak był czas, że przejeżdżałem tamtędy codziennie :)

Wracając jednak za ocean... Przez dłuższy czas pojawiały się różne zasłyszane fakty o Longach. Ktoś sobie przypominał, że takiego widział. Gdzieś dwa stały przy drodze... Polonia dość aktywnie starała się wytropić ślady ukochanej ojczyzny na jankeskich rżyskach. Bez skutku.
Obserwowałem te starania przez dłuższy czas. Nie napawały szczególnym optymizmem, zwłaszcza, że los tych kombajnów był raczej przesądzony. Bez dostępu części zamiennych prędzej czy później kończyły na złomie... A czy jakiś mógłby przetrwać te prawie 50 lat w stanie nie jako kurnik albo porośnięty badylem wrak?
Dopiero na tym forum udało się natrafić na ślad jednego z 200-230 egzemplarzy wyeksportowanych do USA, który najprawdopodobniej przetrwał do dzisiejszych czasów.
Odzew był tak duży, że gość, który umieścił ten post został zasypany wiadomościami od Polaków, a na forum nie dało się zarejestrować z zagranicy (próbowałem... :D).
Historia zakończyła się jednak happy-endem, jak w dobrej, hollywoodzkiej produkcji ;)
Kombajn został odnaleziony i kupiony przez pasjonata-emigranta z Polski.

Za 200$ ów szczęśliwiec zakupił kombajn, który podczas 3 żniw uległ awarii i przez kolejne kilkadziesiąt lat przestał w garażu w stanie nienaruszonym - właściciel zapewne miał problem z importem części z Polski. Udało się zatem odnaleźć wyjątkowy egzemplarz w naprawdę wyjątkowym stanie (ze świecą szukać w Polsce tak zadbanego zwykłego Bizona).

Ale gdzie w tym mój udział?
Cóż... wprawdzie kontaktowałem się z tym i owym, miałem już nawet heroiczny plan jak ew. sprowadzić toto do kraju, gdyby udało się go odnaleźć... z gotową listą kontaktów muzeów, firm transportowych i mediów, które mogłyby dopomóc sprawie ;)
No ale na szczęście nie było to potrzebne :)

Klamrą, która spina całość jest fakt, że Bizon, którego pomagałem przewieźć przez pół Polski kilka lat temu i Long 5000 cudem odnaleziony po drugiej stronie oceanu mają tego samego właściciela :)

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Hmm... to brzmi logicznie!

Nie ma takiej rzeczy, której nie można spierdolić, prawda?
Entropia podświadomie zawsze była moim celem w życiu. Może nie do końca pożądanym czy nawet chcianym... ale trzeba w końcu nauczyć się z tym żyć.

Co zatem dobrego może wyjść z życiowej tendencji do rozpieprzania rzeczy naokoło?

Zaczerpnięte z fizyki pojęcie entropii zyskało popularność w obszarze kultury i sztuki w latach 60., między innymi dzięki artystom i teoretykom skupionym wokół nowojorskiej ,,Park Place Group”. Entropia stała się nową perspektywą dla sztuki, która celebruje rozpad, demontaż, dekomponuje czas, materię i przestrzeń, by przyjrzeć się tym wyizolowanym czynnikom.
Entropia nie musi prowadzić do chaosu, jak to ma miejsce w przypadku nauk społecznych, gdzie termin ten stał się metaforą dla procesów wewnętrznej organizacji społecznej. W układach społecznych stan o niskiej entropii i wysokim stopniu wewnętrznej organizacji odpowiada społeczeństwom stanowym, kastowym oraz monarchistycznemu czy dyktatorskiemu reżimowi władzy. Wzrost entropii wydaje się być procesem pozytywnym, stwarzającym przestrzeń dla wolności jednostek. 
źródło

Podczas wojny świetnie sprawdziłbym się jako sabotażysta :p
Wyburzenia, demolki, na zlecenie i bez...
Instruktor BHP z powołaniem.
Instruktor jazdy ;)
Doradca małżeński :D
itd.

No ale najistotniejsza zaleta ukazała mi się za sprawą pewnego obrazka z pinterestu ;)
Obserwuję tam kilka tablic z interesującymi mnie tematami. Jedną z nich jest porady dot. pisania i na tejże ukazała się złota rada pewnego użytkownika (obrazek zapisałem na dysku, autora niestety nie)
Pozwoliłem sobie przetłumaczyć:

Myślę, że to najlepsza rada dotycząca pisania, jaką kiedykolwiek dostałem. Pochodziła od autora popularnych powieści, który odwiedził moją szkołę, gdy byłem w klasie 8.
Powiedział, że kiedy chcesz napisać powieść lub jakąkolwiek inną historię, typowy system „O czym jest moja historia? O kim ona jest? Co się stanie?”. są najgorszą rzeczą, jaką możesz zrobić.
Pisanie jest o wiele prostsze.
Jego rada polegała na postawieniu sobie trzech pytań, których nigdy nie zapomnę:
Kim jest ta postać?
Czego postać chce bardziej niż czegokolwiek?
I jak mogę jej to uniemożliwić?
 Prawda, że piękne?
Ale w międzyczasie przepuściłem to przez pryzmat swoich doświadczeń i wyszła mi krótsza, treściwsza wersja. Pomijając wstęp:

Kim jest ta postać?
Czego chce najbardziej na świecie?
Jak można mu to spierdolić!?

Oto ja, dziecko szczęścia i entropii, żyjące w idealnym miejscu i czasie (kraju zwłaszcza), otrzymałem istne objawienie na swej drodze ku nicości... Teraz mogę zawrócić, spojrzeć odważnie przed siebie i z pełną odpowiedzialnością za swe moce rozpierdalać wymyślone życiorysy w imieniu i na chwałę kilku muz.
Życie jest piękne.



piątek, 3 stycznia 2020

Szklana Pułapka.

Tytuł trochę nieoczywisty, ale z racji, że trwa wciąż "okres świąteczny", film z tytułu osadzony jest w tejże ramie czasowej... a polskie tłumaczenie nijak się ma do oryginału (Die Hard) to wybornie wpasował się w moje małe tapu-tap.

A zatem:
COLD HARD TYPE
(czego tłumaczyć się nie odważę)

Z tytułem:
Paradigm Shifts: Typewritten Tales of Digital Collapse
co można zrozumieć jako:
Przesunięcia Paradygmatu: Wystukana na Maszynie Opowieść o Cyfrowym Upadku

A w nim moje skromne opowiadanie: The Eve of War - świąteczna "Wigilia Wojny", czy tam poprawnie językowo: "W przededniu Wojny"

Śpiesząc z wyjaśnieniami: wziąłem udział w projekcie non-profit w środowisku zafiksowanych fanów maszyn do pisania. Projekt nazywa się COLD HARD TYPE.
Znane w środowisku persony skrzyknęły się, aby stworzyć antologię opowiadań, której głównym założeniem było wyeliminowanie z życia doczesnego nowoczesnej technologii i powrót do łask ukochanych maszyn (oraz innych zapomnianych/wypartych przez cyber-rewolucję urządzeń, zwyczajów itd).
Klimaty dość mocno post-apo, anty-digital - z uwagi na konieczność wyeliminowania nowoczesnej technologii ze świata przedstawionego, a zwłaszcza komputerów i wszystkiego tego, co przyczyniło się do wyparcia maszyny do pisania z użytku.
Ale też widoczne trendy slow-life, hipsterstwa i generalne wskazanie na to, co nam odebrał postęp technologiczny - wiele nutek zwykłej, swojskiej nostalgii.
Warunkiem, oprócz ogólnego zarysu upadku cyfrowej cywilizacji i wskrzeszenie zapomnianych maszyn do pisania - które to miałby być istotnym elementem prezentowanych historii, było napisanie owego skryptu na maszynie i OFC po angielsku - w takiej formie są one w książce publikowane.
Z początkowo zaplanowanego zbioru opowiadań powstała 2 tomowa antologia, publikowana na zasadzie print on demand/selfpub.

Wymagający proces twórczy - zdjęcie dramatyzowane.


Aby nie było za łatwo, w jury zasiadło dwu czynnych profesorów (filozofii i anglista) oraz pisarz. Jakaś tam selekcja była, gdyż odrzucono część nadesłanych tekstów.

Warto tez wspomnieć, że w projekt zaangażowało się wielu amatorów, profesjonalistów (niekoniecznie stricte pisarzy) oraz było to wyjątkowo międzynarodowe środowisko.
Nadesłano ponad 90 opowiadań, 7 wierszy i 15 zdjęć. Autorzy pochodzą z USA, Kanady, Meksyku, Niemiec, Francji, Anglii, Norwegii, Szwajcarji, Polski, Australii, Tajlandii i innych.
Co mi przynosi szczególną satysfakcję to fakt, że napisałem swoje opowiadanie od razu po angielsku oraz, że udało mi się na etapie redakcji zachować smaczki kulturowe oczywiste dla naszego środowiska (rzecz dzieje się ofc w Polsce), ale niekoniecznie zrozumiałe dla obcokrajowców.
Na etapie redakcji w zasadzie przepisano moje opowiadanie (normalka na zachodzie, choć zwykle autor robi to sam), ale z zachowaniem 90% mojego stylu (reszta poległa w zderzeniu z angielską gramatyką). Przepisanie miało na celu uczynić mój angielski - międzynarodowym angielskim.

Tom pierwszy skupia się na przedstawieniu procesu upadku cywilizacji (w nim znajduje się moja skromna twórczość), natomiast drugi przedstawia świat już okrzepły w nowych ramach. Poszczególne opowiadania nie należą do długich (limit 5000 słów, ok 10 str. maszynopisu) i są ciekawym przekrojem przez różne wizje upadku cywilizacji. Mamy tu wizje dystopijne, utopijne, zalążki kryminału czy opowieści detektywistycznej, klimaty survivalowe czy militarystyczne. Nie brakuje też kameralnych, klimatycznych opowieści. Przekrój tak szeroki i różnorodny jak sami autorzy.



Z tego co udało mi się wywiedzieć, do tej pory udało się sprzedać około 350 szt. każdego z tomów. Sprzedać może nie jest tu właściwym słowem - gdyż cena książki to w zasadzie koszt jej wydrukowania - ale jak na pozycję mocno niszową jest to wynik niezły :)

Tom 1 na Amazonie
Tom 2 na Amazonie

W tym roku powstaje Tom 3, będący kontynuacją idei stojącej za wydawnictwem. Tym razem oprócz idei promowania użycia maszyn do pisania jest Podróż w Czasie :)
Gdyby ktoś chciał spróbować, to zapraszam i polecam:
https://loosedogpress.blogspot.com/


wtorek, 31 grudnia 2019

Ostatnie chwile starego roku...

All those moments will be lost in time, like tears in rain.
Szkoda, że w tym roku zaglądałem tu tak rzadko :) Nic nie dało wystarczającego impulsu, aby o tym napisać. Zwłaszcza, że musiałby to być naprawdę silny impuls. Na tyle, aby przechować się w głowie do czasu, aż będę miał chwilę aby go spisać.
Myślę, że nowy rok będzie pod tym względem łaskawszy.
Do siego :)

poniedziałek, 27 maja 2019

Coś więcej.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem maszynę do pisania, jeszcze zanim stałem się posiadaczem komputera (co obawiam się, było jednym z ostatnich tego typu "przypadków" XX wieku), urzekła mnie swoim designem oraz jakością wykonania. Jak wspomniałem we wcześniejszym poście: była to niemiecka Olympia SM3, jedna z najdoskonalszych przenośnych maszyn stworzonych przez człowieka (jak zresztą cała linia SM, ale to 3 i 4 generacja jest najpopularniejsza i ich produkcja przypadła na złoty wiek tych urządzeń).
Każdy mechanizm chodził świetnie w urządzeniu, które miało na owy czas prawie 50 lat. A kiedy moja Olympia poszła w świat, miała lat 64 i nadal działała wzorowo.
Przy obecnym tempie wymiany technologicznej, wydaje się to wręcz abstrakcyjne... Ale też maszyna miała tylko jeden cel... po prostu pisać.


Na zachodzie wciąż wielu profesjonalistów używa maszyn do pisania. Przede wszystkim dlatego, że generalnie pozwala się skupić tylko na tym, do czego została stworzona. I wielu pisarzy ma zwyczaj tworzyć pierwszą wersję swoich tekstów w formie maszynopisu. Pozwala to bez przeszkód wyrzucić z siebie historię, która następnie będzie mogła być edytowana i poprawiana z użyciem nowoczesnych technologii.

Jest jeszcze coś, co powoduje, że są to wyjątkowe wynalazki. Ich ponadczasowość, cena (porównywalna z dzisiejszymi nowoczesnymi komputerami czy smartfonami z najwyższej półki), i użyteczność powodowała, że nie tylko o nie dbano, ale także przez lata taka maszyna częstokroć obrastała w historię.


Tak było i z moją Olympią SM3, którą zakupiłem niedawno od pewnej pani z Warszawy. Zwróciła moją uwagę polskimi znakami, gdyż generalnie nie spotkałem się wcześniej z Olympią SM3 z polską klawiaturą. Ta miała dodatkowo nietypowy jej układ, co widać na zdjęciu (generalnie 99% maszyn sprzedawanych w Polsce miało identyczny układ klawiatury, jak w Łuczniku prezentowanym wcześniej).
Jest to także nieco bogatsza wersja DeLuxe, która charakteryzuje się szyną z tabulatorami na tylnej części wózka - czego nie miała moja niemiecka "siotrzyczka".

Dzięki odrobinie szczęścia oraz woli współpracy pani Ani, udało mi się conieco dowiedzieć o historii egzemplarza nr 647757.

Ten konkretny egzemplarz należał pierwotnie do p. Tadeusza Ilnickiego, polskiego malarza żyjącego w latach 1906-1993, urodzonego na Podolu na Ukrainie.
 
Jego życiorys mógłby posłużyć za kalkę historii państwa Polskiego. Kształcił się w Odessie, aby zostać tam aresztowany podczas czystek Polaków w 1929 r, a następnie skazany na 3 lata gułagu w Archanielsku za organizację polskiego ruchu oporu. Udaje mu się jednak uciec i dostaje się do Francji w 1930, gdzie kontynuuje naukę malarstwa i witraży. W1933 wraca do kraju z uwagi na trudną sytuację finansową i osiada na Wołyniu (u ciotki). Tam pracuje aż do 1939 i rozpoczęcia wojny, aby uciec do Francji, a następnie Anglii: gdzie zaciąga się do I Dywizji Pancernej gen. Maczka. Po wojnie osiada w Anglii i rozwija swoje zamiłowania malarskie.
W 1976 artysta podarował 40 obrazów ze swego dorobku Muzeum Narodowemu w Warszawie, ale jego monograficzna wystawa odbyła się dopiero w 1985 roku.


Pod koniec lat 80. XX wieku Telewizja Polska nakręciła film o artyście pt.: „Człowiek w łódce”.
Po upadku komunizmu w 1989 roku Tadeusz Ilnicki wrócił z emigracji do kraju. Zamieszkał w Warszawie. 
 Maszynę wyprodukowano w roku 1955, a sądząc z Polskich znaków, służyć mogła do pisania korespondencji, wspomnień... oraz opisywania obrazów :)



Przejdźmy dalej.

Nie jestem pewien w którym momencie Olympia została podarowana p. Edmundowi Bronowskiemu (1924-2016), który to był rodziną dla p. Ilnickiego (ich losy zacieśniły się na Wołyniu).
Pan Edmund był związany po wojnie z Kętrzynem i tamtejszą społecznością. Grywał w "objazdowym teatrze" ZNAK, należał do chóru przykościelnego oraz angażował się przez całe swoje życie w liczne wydarzenia kulturalne. Od imprez szkolnych przez aktywność w Towarzystwie Miłośników Kętrzyna, Obronie Cywilnej Kraju, aż po konkursy literackie - gdzie jak sądzę Olympia była wielce pomocnym narzędziem. Z życia zawodowego warto wspomnieć o pracy w Urzędzie Skarbowym, następnie WKU, w którym p. Edmund doszedł do stopnia podpułkownika. Na emeryturze nadal aktywnie uczestniczył w życiu miasta, zostając nawet radnym. Nigdy nie myślał o opuszczeniu Kętrzyna, które to miasto stało się jego małą ojczyzną.

Pan Edmund związany był aktywnie z życiem Kętrzyna aż do późnej starości. Z tego co dowiedziałem się od wnuczki p. Edmunda (która sprzedała mi tę maszynę) pisywał na niej również swoje wspomnienia z Wołynia, wojennej tułaczki oraz inne teksty związane ze swoimi zainteresowaniami.

Oto jak pożegnano go w miejscowej gazecie:

"Można odejść na zawsze, by stale być blisko..." Ks. J.Twardowski Z żalem i smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Śp. Edmunda Bronowskiego Radnego Rady Miejskiej w Kętrzynie w latach 1998-2002 Wieloletniego pracownika Urzędu Miasta Kętrzyn Rodzinie i Bliskim wyrazy szczerego współczucia składają Burmistrz Miasta Krzysztof Hećman, radni Rady Miejskiej w Kętrzynie oraz pracownicy Urzędu Miasta Kętrzyn

Jak widać tak niepozorna, w przeważającej części zapomniana rzecz, może opowiedzieć niejedną historię.

środa, 31 października 2018

Predom Łucznik 1301

  Słowo nieprzypadkowe, gdyż Łucznik Radom jest fabryką broni. Konieczność zmiany profilu produkcji wymusiły ciężkie czasy powojenne (chodziło o zakończenie wojny w Wietnamie), kiedy to spadło globalne zapotrzebowanie na broń. Fabryka musiała coś uradzić, zdecydowano się więc na produkcję maszyn do szycia i właśnie maszyn do pisania.
Początkowo pod wspólną marką PREDOM - Zjednoczenie Przemysłu Zmechanizowanego Sprzętu Domowego „Predom”, będącą zjednoczeniem szeregu zakładów ze wspólnym mianownikiem, jakim było powiązanie z przemysłem zbrojeniowym. Aby następnie przeistoczyć się w PREDOM Łucznik, a na końcu w samo "Łucznik". W bogatym wachlarzu produktów PREDOM-u znajdowały się jeszcze urządzenia małego AGD (np. wentylator, młynek do kawy), pralki, projektory kinowe, rowery czy zegary.


  W Łucznik Radom, z uwagi na wcześniejsze powiązania ze szwedzkim Facit -znaną i cenioną marką maszyn do pisania, zdecydowano się na wykupienie licencji i produkcję modeli z rodziny Facit 1620 pod własną marką (wcześniej fabryka produkowała te maszyny dla Szwedów). Tak oto narodził się Predom Łucznik.
  Maszynę wyróżnia przemyślana konstrukcja, solidność i trwałość. Aczkolwiek polski klon zbudowany jest z gorszej jakości materiałów i sprawia wrażenie bardziej toporne. W oczy rzuca się słabsza powłoka lakiernicza, większa waga, twardsza praca i drobne niedoróbki produkcyjne.
Co ciekawe spodnia zaślepka jest wykonana z dykty, co teoretycznie powinno zmniejszyć wagę urządzenia.
 Mój egzemplarz  jest praktycznie nowy, choć wyprodukowany w 1973 roku. Pomijając delikatne otarcie pokrywy przez dźwignię powrotu, powstałe na skutek nieprawidłowego zapakowania przy wysyłce: stan fabryczny. Musiałem poświęcić jej jednak nieco czasu na przeczyszczenie (klawisze chodziły, jakby ktoś je trzymał. Okazało się, że smar zgęstniał przez lata nieużytkowania :)), oraz poprawić blokadę wałka, gdyż nie załapywała prawidłowo. Naklejka producenta też jest trochę krzywo przyklejona, ale na większości egzemplarzy w sieci "wędruje" ona nieznacznie w różne strony... urok PRL :)
Mechanizmy pracują prawidłowo, a wałek sunie z taką lekkością, jakby umieszczony był w powietrzu. Pisze się na niej dobrze, w moim odczuciu lepiej jak na prezentowanej wcześniej Olympii Traveller czy starej Olympii SM3.
Warto zaznaczyć, że Facit 1620 porównywany jest do Hermesa 3000, jednej z najlepszych mechanicznych maszyn do pisania. Predom Łucznik niewiele tu ustępuje pod względem technicznym.
Być może gdyby nie fakt, że rozpoczęcie produkcji w 1970 roku zbiegło się ze schyłkiem popularności maszyn do pisania (zachodnie fabryki zamykały właśnie swoje zakłady), oraz rewolucją technologiczną - komputerami, doczekałyby się jakichś rodzimych patentów czy nowych modeli.
Produkcja trwała do 1990 roku. Łucznik często spotykany był w urzędach, bibliotekach, szkołach, na posterunkach czy w innych instytucjach. Dzielnie służył zastępom urzędników, dziennikarzy i pracowników umysłowych :) Dostępny był także do użytku prywatnego, chociaż istniał rejestr ich użytkowników! (ogólny rejestr maszyn do pisania w czasach PRLowskiej cenzury).

Mam pewność, że i mi dzielnie będzie służyć :)

niedziela, 28 października 2018

Dlaczego Maszyna?

 Jak to mówią: idzie nowe. W moim przypadku jest to wielce wyczekiwana i długo poszukiwana Olympia Traveller. Maszyna do pisania z początku lat 70-tych, znanej i szanowanej firmy niemieckiej. Udało mi się zakupić sztukę zadbaną, gdzie jedynym mankamentem jest stara taśma :) 
Myślę, że wkrótce opiszę nieco dokładniej wrażenia z użytkowania.
Na razie jeden z pierwszych tekstów, jakie popełniłem, który wklejam w oryginale poniżej. Jest to raczej jednorazowa zabawa, gdyż tekst jest średnio wygodny do czytania w formie obrazka. Planuję za to przy pomocy programu OCR digitalizować pisane analogowo myśli i umieszczać je między innymi tutaj. Zatem kolejne wpisy będą zawierać cząstkę tej materialnej otoczki, jaką niewątpliwie posiada tekst tworzony na maszynie do pisania.
Poniżej mały felietonik, dlaczego tak, a nie inaczej :)








środa, 24 października 2018

Maszyna do pisania.

Moja przygoda z maszynopisaniem była dość krótka. Ojciec przywiózł z jakiejś roboty kilka maszyn, prawdopodobnie od gościa, który chciał je wyrzucić. Dość powiedzieć, że były albo zepsute, albo niemieckie :) Niemniej...

Stara Olympia SM3 w zielonym, głębokim kolorze rozbudziła moją wyobraźnię. Była przecudna :) I naprawdę zadbana! Zważywszy, że sprzęt powstawał na przełomie lat 50 i 60-tych to praktycznie nie było widać po niej zużycia. Chromy, lakier, mechanizmy - wszystko wyglądało i działało super. Jedyny problem to niemiecka czcionka :) Ale czy mogło to być jakąś przeszkodą? Wszelkie ogonki i kreseczki zawsze przecież można dorysować. I tak też czyniłem.
Początki były trudne ale i fascynujące. Sama obsługa to już ciekawa sprawa. Wkręcenie kartki, ustawienie tabulatorów, nastawy. Trochę gorzej wspominam bolące palce, które szybko jednak przyzwyczaiły się do "walenia".
Nie liczyło się nawet co tworzyłem, ale jak :) Dopiero rok-dwa później doprosiłem się komputera i stara Olympia wylądowała na regale.
Do maszyn próbowałem powrócić kilkukrotnie. Druga z "wykopków" była elektryczna, jednak z uwagi na popsutą głowicę nie nadawała się do użytku. Potem kupiłem nowoczesny model na allegro, ale taśma szybko się skończyła, a nowych do dzisiaj nie mogę znaleźć :(

Niemniej coś tam zostało... I chyba spróbowało znów wydać jakiś owoc. Oto bowiem czekam na paczkę z Olympią... nowszą, z polskimi znakami etc. Ale szerzej opiszę jak trochę nań popiszę :)

Dzisiaj maszyna do pisania to zapomniany sprzęt. Samo słowo maszyna jest już anachronizmem w stosunku do komputera  (pierw. maszyny liczącej), który wyparł staruszkę dzięki swym niewątpliwym zaletom.

Pokolenia twórców, pisarzy, poetów, tłumaczy, urzędników itd. miało do czynienia z maszynami do pisania. Wielu z pewnością cieszy się z postępu (palce z pewnością), może kilku wspomina z nostalgią stare, ciężkie ale niezawodne maszynki, które dzielnie służyły im przez lata.
Stanisław Lem na przykład nigdy nie przesiadł się na komputer i do końca tworzył na Underwoodzie podarowanym mu przez ojca. Co wydaje się jeszcze bardziej nieprawdopodobne miewał zwyczaj wyrzucać kartki, jeżeli mu się nie podobał efekt końcowy i pisać od nowa. Iście diaboliczna wizja.

Niemniej dla każdego, kto tworzył od końca XIX wieku do początków XXI w. maszyna umożliwiała pisanie szybkie, dokładne (biada kto musiał czasem rozszyfrowywać ręczne gryzmoły) i stosunkowo łatwe w dalszej obróbce. Ponadto nie wymagała prądu i szczególnej obsługi. Dość szybko pojawiły się wersje walizkowe, które bez problemu można było zabrać gdzie dusza zapragnie.
Znamienne jest, że ostatnią fabrykę maszyn do pisania zamknięto w Indiach w 2011 roku (XXI wiek :)) A biorąc pod uwagę, że niektóre egzemplarze z początków ery ich panowania wciąż są w stanie służyć i zachowały się w dobrym stanie, jeszcze długo o nich nie zapomnimy.

Na zachodzie, wraz z modą retro, slow-life etc. wraca moda na maszyny do pisania. Jednym z jej najbardziej znanych propagatorów jest Tom Hanks, jeden z najbardziej znanych aktorów Hollywood. Pasja ta wiąże się nie tylko z kolekcjonowaniem tych sprzętów, ale także grą/apką na smartfony imitującą mechanizm maszyny czy debiutancką książkę autora, w której łącznikiem są właśnie maszyny do pisania, pojawiające się w różnych rolach w każdym z opowiadań składających się na tom.
Cóż, jeżeli listów już nie piszemy, wszelkie pisma nieubłaganie przechodzą na formę elektroniczną, a nasze obcowanie z informacją czy formy twórczości zagarnął komputer/smartfon jest jeszcze sens przejmować się tym wynalazkiem?

Ja się przejąłem. Otóż dlaczego:
Ma swój klimat, wymaga dyscypliny, umiejętności i generalnie "spowalnia działanie" - co mam nadzieję pozwoli mi nieco doszlifować umiejętności. Raczej do wprawek, jakichś niedługich tekstów, postów na bloga... Dla frajdy! No i jest zawsze gotowa do akcji, bezzwłocznie, z ostatnim słowem na wkręconej na wałek kartce. 

Do trzech razy sztuka.

Jest w życiu mężczyzny taki moment, że ma do wyboru jedną z trzech dróg.
Podjąć wyzwanie i udowodnić coś sobie.
Spierdolić.
Urżnąć się.
Cóż. Wybierając to trzecie, przypadkiem zaliczyłem wszystkie. Ale od początku...

Co może myśleć gość przed czterdziestką, z dwójką dzieci, kredytem na mieszkanie na kolejne dwadzieścia, chujową robotą i problemami z siusianiem? Dodając do tego pożycie małżeńskie będące przedmiotem studiów na wydziale paleontologii, auto z poprzedniego wieku i kryzys wieku średniego pukający do drzwi możecie mieć mniej więcej obraz mej egzystencji. A i tak wymieniłem tylko superlatywy.

Kiedy do mnie dotarło, co mnie czeka poszedłem do baru... Ale stwierdziłem, że nie stać mnie na takie luksusy, więc następnie udałem się do dyskontu (marka wiadoma). Zakupiłem półtora litra znamienitego alkoholu po najtańszej cenie. Stamtąd mogłem udać się tylko w jedno miejsce... do garażu.
Zadzwonił bym po kogoś, złapał sąsiada po drodze... ale nic z tych rzeczy nie nastąpiło. Zacząłem więc sam się łoić jak przystało: do lusterka. Włączyłem radio i prześledziłem swe życie od początku... nie było tego wiele, ledwie na ćwiartkę. Cóż począć? Wypominanie... wszystkie okazje, które przegapiłem albo zmarnowałem. Wszystkie złe decyzje... Stare, zdawałoby się zabliźnione rany. Taaak, to pasowało i pół litra strzeliło jak z gwinta. Dopadł mnie marazm. Już nie kontrolowałem niczego, co się ze mną dzieje. Telefon warczał w kieszeni ale miałem to w dupie. Podobnie jak porę dnia, temperaturę, dzień, miesiąc, rok... Ponad litr wódki to nie w kij dmuchał.
Byłem tam gdzie chciałem być: w krainie nibylandii. Niby problemów, niby zawodów, niby siwych włosów.... wszystko było na niby. Za to ja byłem naprawdę. I miałem to wszystko w dupie.
Mało poetycko, ale prawdziwie.
Zacząłem dopijać trzecią butelkę, kiedy znalazłem się w szpitalu...
Co kurwa?
- Gdzie ja jestem? - zapytałem mało wyraźnie jakiejś baby w białym kitlu.
- W szpitalu.
- Kurwa... co? - jej odpowiedź wydała mi się tyleż oczywista, co i mało konkretna. Głowę rozsadzało mi od środka. Miałem nudności, zaburzenia widzenia i cały wachlarz skutków ubocznych przedawkowania alkoholu. Wywracało mi flaki, czułem się otępiały i pobudzony jednocześnie.
- Kładź się pan. Zaraz pana zabiorą.
- Co? Gdzie? - pytania pozostały bez odpowiedzi. - Kurwa... - ogromny bandaż okręcony był wokół mojej lewej dłoni i ręki. - Co to?
- Opatrunek.
- No... - ostatnią rzeczą jaką pamiętam była szyjka butelki w mojej dłoni. Następnie ocknąłem się tutaj. - Ale co się stało?
- Nie wiem, dowie się pan więcej na komendzie.
- Co?
- Proszę leżeć spokojnie aż kroplówka się nie skończy.
- A... - po dłuższej chwili dostrzegłem wężyk z igłą wbity w rękę. Nie czułem, aby było mi lżej.

(i urwał... C.D.N.N ;))

wtorek, 2 stycznia 2018

Zima Stulecia

Lao Che - jeden z najciekawszych zespołów rodzimej sceny ma w swoim dorobku utwór, który niezmiennie napełnia mnie nostalgią.

Zima Stulecia
W czasach, kiedy w zimę było zimno i nawet zdarzał się śnieg (czyli jakiś 2008 :)) byłem na tzw. stażu. Doświadczenie dość pożyteczne i ciekawe. A ponieważ zbiegło się w czasie z licznymi próbami... kontaktów międzypłciowych to i bardzo wesołe. Dość rzec, że było nas ponad dwadzieścioro, w porywach do czterdziestu (wliczając tych, którzy byli przed jak i za mną przyjęci na staż do tej instytucji).
Wtedy poznałem jednego ze swoich przyjaciół, odkryłem 3 program Polskiego Radia oraz wspomniany na początku zespół LAO CHE.

Do dzisiaj wracam do archiwum, gdzie pracowałem. Stosy opasłych teczek, zapach starego papieru, małe radio na parapecie, Trójka włączona bez przerwy i zbliżająca się wielkimi krokami nowa płyta Lao Che, której jednym z singli była właśnie Zima Stulecia. Śnieg padający za oknami, święta, imprezy, nowe znajomości... Słowem studenckie życie, którego nie miałem z uwagi na tryb zaoczny ;)
Również mój najpoważniejszy zryw twórczy był bezpośrednim następstwem owych perypetii. Całą tą sielankę przerwał wypadek, któremu uległem zaraz po stażu. Niczym gruba kreska, za którą zaczyna się prawdziwe życie. I zaczęło się :p Było nawet jeszcze lepiej, chociaż ryzyka i konsekwencje działań były o wiele poważniejsze...

Tak więc: Zima stulecia!

P.s.: w tym roku zapowiadali zimę stulecia już w listopadzie, mamy grudzień i jak na razie za oknem na +, a śnieg widziałem ze trzy razy ;)

środa, 4 października 2017

Steve Jobs

Książkę wysłuchałem w formie audiobooka, dostępnego jakiś czas temu w promocji na stacjach sieci benzynowej... Długo przybierałem się do tego słuchowiska, głównie z powodu jego długości (ponad 24h!), ale ostatecznie nie żałuję.

Ale od początku.

Jest to biografia Steve'a Jobsa, jednego z największych wizjonerów naszych czasów (co wielokrotnie jest podkreślane ;)), ojca sukcesu Apple oraz ich wynalazków. Przypisuje mu się także liczne inne zasługi, chociaż sama książka nie próbuje gloryfikować bohatera.

Rzekłbym wręcz, że przestawia człowieka jakim był Jobs. Z jego licznymi wadami oraz zaletami. Bez próby wygładzania, czy ukrywania niewygodnych faktów ;)

Dla mnie okazała się szczególnie wartościowa z kilku powodów. Po pierwsze skupia się nie tylko na Jobsie, Apple ( a firma ta to nieodzowna część życia Jobsa), ale także historii doliny krzemowej czy powstania i ewolucji komputerów osobistych aż do lat 90... Liczne anegdoty, opisy i opinie gigantów IT dają niezły obraz całości tego kawału historii rozwoju technologii. Wciąż bliskiego naszemu pokoleniu. Znajdziemy też tutaj odpowiedzi na pewne legendy krążące wśród geeków, wiele odniesień do popkultury amerykańskiej... Ze zdziwieniem odkryłem, że wiele faktów z życia Jobsa użyta była później np. w filmach, książkach czy przedstawiana w formie historii krążących od lat po sieci. Więcej tego niż mógłbym się spodziewać ;)

Poznajemy człowieka jakim był, ale także takiego jakim lubił się kreować. Autor sprawił, że biografia przypomina wszystko to, w co wierzył jej bohater: dobry produkt ;) W tym wypadku szczere i bezkompromisowe przedstawienie nam sylwetki Jobsa chyba nawet z większym naciskiem na cienie niż jasne strony :) Liczne cytaty bohatera, jego rodziny, współpracowników czy pracowników dają spójny obraz tego kim był Jobs. Pozwala także samemu ocenić jakim człowiekiem był: tutaj autor pozostawia dowolność interpretacji, a miejscami widoczna sympatia do bohatera jest zwykle oznaczona czerwoną flagą przez samego autora. Uczciwie.

Idąc dalej jest to biografia niesamowicie obszerna, co z jednej strony pozwala przemycić wiele smaczków... z drugiej jednak momentami nuży (ponad 700 stron!), zwłaszcza, że wielokrotnie podejmowane są te same tematy. Jest to oczywiście poparte innymi okolicznościami, wypowiedziami czy historyjkami. Ja mam jednak mieszane uczucia. Z drugiej strony fanatycy Apple będą wniebowzięci...

Wreszcie zaś jest tak dobrze napisana, że momentalnie zżywamy się z przedstawioną osobą i przynajmniej ja na jej końcu czułem, że razem ze śmiercią bohatera tracę kogoś bliskiego (słuchałem jej przez tydzień czasu, więc pewnie i to dołożyło tutaj swoją cegiełkę ;)). Brawa za warsztat.

Każdy, kto jest pasjonatem nowoczesnych technologii, historii powstania komputerów osobistych czy rewolucji informatycznej znajdzie tutaj coś dla siebie. W odniesieniu do Jobsa, jego firm(y), jego rywali i przyjaciół, którzy tworzyli podwaliny pod dzisiejszy rynek IT. Jest tu także historia człowieka, który na przekór wszystkim dokonuje czegoś niemożliwego (dobrze, że nie wiedział, że to niemożliwe... albo i nie chciał wiedzieć!).


I jeszcze jedno...

Steve Jobs jako człowiek pełen wad, prawdopodobnie i zaburzeń na tle psychologicznym... dokonuje tylu nieprawdopodobnych rzeczy, że gdyby ta historia nie wydarzyła się naprawdę, pewnie nikt by w to nie uwierzył :)

piątek, 1 września 2017

Pięćdziesiąt lat produkcji kombajnów do zbioru zbóż w Płocku 1954-2004

Kombajny serii Bizon po raz kolejny goszczą na blogu :) Tym razem w charakterze recenzji/opisu jednej z nielicznych publikacji na temat fabryki maszyn żniwnych oraz historii stojącej za powstaniem tej wspaniałej maszyny. 


„Pięćdziesiąt lat produkcji kombajnów do zbioru zbóż w Płocku 1954-2004”
Janusz Majchrzak, Jerzy Stefański, Wacław Wojciechowski.
Wyd. Towarzystwo Naukowe Płockie, Płock 2004

Książka podzielona jest na 5 zasadniczych części, z których trzy pierwsze napisane są kolejno przez autorów: 
1. Historia powstania fabryki począwszy od XIX wieku, przez sytuację powojenną, produkcję pierwszych maszyn rolniczych, a później kombajnów... aż po upadek zakładu w zderzeniu z gospodarką wolnorynkową (motyw ten pojawia się wielokrotnie w książce, poruszany na wiele sposobów przez autorów jak i innych pracowników fabryki w części "wspomnieniowej").

2. Rozwój zaplecza technologicznego zakładu wraz z opisem struktur organizacyjnych, kadrowych etc. Rozdział w mojej ocenie szczególnie zainteresowałby inżynierów, techników czy po prostu pasjonatów rozwoju techniki w naszym kraju.

3. Rozdział trzeci to szersza próba opisu oraz zmierzenia się z losem jaki spotkał fabrykę w latach 90, prowadząc do jej ostatecznego upadku, oraz przejęcia "zgliszczy" przez koncern Case New Holland. Opisane rzeczowo kolejne etapy i próby podźwignięcia zakładu z zapaści, Bez zbędnego politykowania (chociaż nie bez wskazania winy w rządzie), oraz nadmiernych emocji. Opis ciekawy zarówno z punktu widzenia historycznego (podobny los spotkał większość naszych dużych zakładów przemysłowych) jak i praktycznego (wskazanie, które działania były skuteczne, które mniej, czego zaniechano...). 

Kolejne rozdziały to wspomnienia pracowników fabryki, podzielone na dłuższą część opisującą ich losy związane bezpośrednio z FMŻ, oraz ostatni rozdział przedstawiający dalsze losy zarówno pracowników jak i części majątku spółki. 

Uzupełnieniem jest kolekcja fotografii oraz bogaty index wymienionych w książce osób (głównie pracowników FMŻ). 




    Pierwsze co rzuca się w oczy, i w sumie nie powinno być żadnym zaskoczeniem po zapoznaniu się z sylwetkami autorów, to styl narracji. Widać, że pisali to inżynierzy :) Oficjalnie jest to monografia, zatem dość oszczędna w opisach, ale bogata w treści. Poza dr J.Stefańskim, który przedstawia nam rys historyczny fabryki, królują na kartach technicy :) Lektura jest jednak bardzo przystępnie napisana i z pewnością nie tylko dla umysłów ścisłych. Sam pomimo, że nie ogarniam tematu zbyt dobrze (wiem co to tokarka ;)), a z produkcją miałem niewiele wspólnego, przeczytałem całość z nieukrywaną przyjemnością. Niemal w każdym zdaniu przebija się zaangażowanie i pasja autorów, duma z pracy oraz osiągnięć zakładu oraz niesamowita droga, jaką przebyli. Dużo uwagi poświęcone jest też załodze, której wkład w fabrykę jest podkreślany na każdym niemal kroku. Obecnie dość egzotyczne myślenie, jak mi się wydaje ;) 
   Dalej mamy dość szczegółowo opisane przygotowania do wdrażania kolejnych produktów fabryki, począwszy od żniwiarek, przez Vistule, aż w końcu Bizony w każdej wersji (Rekord, Gigant, Super, ZO40, wersje eksportowe etc.) i to spoglądając nań z kilku perspektyw! Narracje mieszają się i tą samą historię obserwujemy oczami głównego projektanta, kierownika odlewni, kierownika OBR, dyrektora głównego czy kierownika produkcji... Którzy wiążą z FMŻ losy swego życia na różnych etapach życia fabryki. Daje to szerokie spektrum na całość historii FMŻ. Opisane są zarówno maszyny używane w produkcji, procedury obowiązujące na poszczególnych działach jak i innowacje technologiczne wprowadzane do produktów. Cenne z mojej perspektywy były także opisy życia/pracy w okresie PRLu.

   Historia FMŻ, przez całą ewolucję fabryki, pełna jest zakrętów, momentów przełomowych oraz walki o byt. Równocześnie wielu powodów do dumy dla pracowników. Oto w kraju niemal doszczętnie zniszczonym przez wojnę powstaje z popiołów, rozwija się i odnosi sukcesy nowoczesny zakład produkcyjny. Kombajny zbożowe, w szczególności Bizon, zmieniły obraz polskiej wsi, do dzisiaj królując na polach. Pomimo faktu, że noszono się z zamiarem zakupu licencji zachodniej, a sam Bizon powstawał niejako w konspiracji, po godzinach, tworzony "za darmo" przez pracowników i bez żadnych gwarancji na wdrożenie do produkcji w realiach gospodarki centralnie sterowanej. A jednak powstał i był ogromnym sukcesem. Historia FMŻ i Bizona jest wspaniałą opowieścią o poświęceniu, ryzyku, oddaniu oraz determinacji jej pracowników. W czasach ZSSR udało im się stworzyć polski, zaawansowany produkt niemal od zera, który odniósł sukces w kraju jak i za granicą. O tym jest ta książka. Równocześnie do historii takich zakładów jak FSM czy FSO, toczyła się batalia o polską wieś: jej rozwój i przyszłość. Dla wielu historia nieznana, pominięta, zapomniana... W końcu pojazdem np. FSO czy FSM poruszał się praktycznie każdy czterdziestolatek w tym kraju, do czego Bizona nie sposób porównać. Z drugiej strony, nie ma chyba takiej osoby, które nie wiedziała by czym ten Bizon jest. Tym bardziej boli fakt, że zakład nie przetrwał bolesnego zderzenia z transformacją ustrojową...

   Polecam zatem każdemu, kogo ciekawi rozwój techniki w naszym kraju. Z jakimi przeciwnościami zakład przez te 50 lat musiał się mierzyć, oraz co zadecydowało o tym, że jak napisałem ciut wyżej: każdy w tym kraju wie co to kombajn Bizon :)
 

Errata:
Na ślad tej publikacji trafiłem dzięki bardzo ciekawemu artykułowi w portalu www.konstrukcjeinzynierskie.pl (linki na dole), dotyczącym historii kombajnów z Płocka. Wskutek kolejnego nawrotu choroby bizonowej, musiałem zgłębić temat bardziej. Stąd moje poszukiwania opisywanej publikacji. Po samą książkę, niedostępną w tej chwili w żadnej księgarni, wybrałem się ponad 200 km... do biblioteki w Płocku (niewielki nakład czyni pozycję wyjątkowo trudno dostępną). Mimo to szczerze zachęcam do zgłębienia historii FMŻ. W sieci jest trochę informacji na ten temat... Warto też byłoby napisać do wydawcy, być może pod wpływem zainteresowania zdecydował by się na dodruk książki (napisałem do nich w pierwszej kolejności, licząc na jakieś zachomikowane egzemplarze... niestety bez sukcesu). Opisywany egzemplarz znalazłem w bibliotece i jest szansa, że znajduje się on jeszcze w kilku większych miastach w Polsce. Z tego co wiem istnieje też system wypożyczania zdalnego, w którym biblioteka, która posiada interesującą was pozycję, może wysłać ją do tej waszej.

Osobiście i szczerze polecam.

www:
Artykuły o Bizonie na konstrukcjeinzynierskie.pl 
"30 Lat produkcji kombajnów..." - starszy tekst jednego z autorów, przedsmak tego co znajdziemy w książce. 

PS: 
"Pierwszego września 1971 roku z taśmy montażowej FMŻ zjechała ostatnia Vistula z numerem 19 000, a na taśmę wszedł BIZON. Historyczny moment. Zmiana pokoleń." - 46 lat temu... :)

niedziela, 11 czerwca 2017

Fallout 4

Miałem okazję pograć w tę grę z okazji darmowego weekendu i chociaż było to raptem ~10 h rozgrywki, to myślę, że jako wierny fan serii jestem w stanie ocenić ową produkcję :)

A przynajmniej sobie ponarzekam.

Spodobał mi się motyw przejścia ze świata sprzed do tego po wojnie :) Hibernacja głównego bohatera na 200 lat to coś, czego jeszcze nie było. Podobnie główna oś historii mi, jako rodzicowi, przypadła do gustu i mogłem się wczuć w swoją postać z marszu.
Mógłbym się oczywiście przyczepić, że sam wstęp jest trochę zbyt mało dramatyczny. Moim zdaniem za szybko umieszczono nas w komorze hibernacyjnej, nie pozwalając na dłużej rozkoszować się atmosferą schyłku cywilizacji... Nie zaszkodził by quest czy dwa zanim zostaniemy mrożonką.

Po przebudzeniu już nie jest tak różowo. Wychodzimy na powierzchnię, a tam nasze miasto oprócz tego, że zniszczone, to w prawie nie zmienionej formie. Przez 200 lat :)
Sama obecność mr. handy jest równie niedorzeczna... Wielu także się czepia, że w ciągu godziny otrzymujemy dostęp do PA i walczymy z deathclawem... coś w tym jest. Bo zwykle na ciężkie zabawki trzeba było zapracować.

W tym miejscu przejdźmy do dialogów... znaczy ich sugestii :) Bo inaczej tego nazwać nie można. Zrezygnowano z ambitnej rozrywki na konto rozrywki w filmowym stylu (nasz bohater otrzymuje ponadto głos, co jest również nowością). Całość interakcji jest za to bardziej dynamiczna i otrzymujemy poprawną mimikę postaci, co teoretycznie pozwala lepiej się wczuć w klimat...

Właśnie. Po dość dobrym wstępie, przeciętnym wyjściu z krypty... akcja jakby spowalnia. Dostajemy jeden trop, mogący prowadzić do naszego dziecka, a poza tym serwowane są nam odwracacze uwagi bez większego sensu :) Zadania, które już przerabialiśmy... w nieco innej wersji. Nudno.
Budowa osady wprawdzie daje pewne pole do popisu, ale znów - co to ma do historii? Czemu rodzic, który wczoraj stracił dziecko ma teraz budować chatki na piasku? Czemu?

Przerobienie gry na dynamiczną rozgrywkę przy jednoczesnym spłyceniu fabuły i rozwleczeniu jej we wszystkich możliwych kierunkach - przepis na niestrawność.

Sama konwencja mogła by być w jakimś stopniu strawna, gdyby konsekwentnie trzymać się jednej konwencji... a tutaj twórcy próbowali zrobić nowego fallouta, trzymając się starych schematów, które nie zgrały się z mechanizmami produkcji.
Po New Vegas oczekiwania były duże i fani serii na pewno zadowoleni nie będą.
Zapomniałem wspomnieć o kreacji postaci, która delikatnie mówiąc została potraktowana jak wszystko w tej grze - po macoszemu.

Nie jest to gra, którą można uznać za godnego następcę w cyklu. Może jakiś przyszywany stryjeczny brat?
Potencjał jest, jednak został on koncertowo przerżnięty w jakąś karykaturę RPG :(

Jak gra stanieje, to zapewne zakupię celem dalszych testów. Mam przeto nadzieję, że moje odczucia zmienią się na plus w jakimś stopniu... ;)

niedziela, 23 kwietnia 2017

Patriotyzm Konsumencki

Przypomnijmy post stary jak internet:

Dzień z życia Polaka : Wstaje rano, włącza japońskie radyjko, zakłada amerykańskie spodnie, wietnamski podkoszulek i chińskie tenisówki, po czym z holenderskiej lodówki wyciąga niemieckie piwo. Siada przed koreańskim komputerem i w amerykańskim banku i zleca przelewy za internetowe zakupy w Anglii, po czym wsiada do czeskiego samochodu i jedzie do francuskiego hipermarketu na zakupy. Po uzupełnieniu żarcia w hiszpańskie owoce, belgijski ser i greckie wino wraca do domu. Gotuje obiad na rosyjskim gazie . Na koniec siada na włoskiej kanapie pijąc kolumbijską kawe słodzoną ukraińskim cukrem i... szuka pracy w niemieckiej gazecie - znowu nie ma! Zastanawia się, dlaczego w Polsce nie ma pracy i a jak jest to za 1200???

Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że Polak chciał mieć to, co najlepsze. Jak auto, to niemieckie (dawno i nieprawda), jak elektronikę to japońską (95% produkowane w chinach), jak płytki to włoskie... etc.
Produkty polskie, zwłaszcza z okresu PRL i początków transformacji nie były najwyższych lotów, a już na pewno nie mogły konkurować z zagranicznymi markami, szturmem zdobywającymi nasz rynek agresywnym marketingiem na wszystkich frontach.
Obecnie trend się odwraca. Po pierwsze na zachodzie produkty są zupełnie inne niż na początku lat 90-tych. Nie muszą i często nie służą latami - są projektowane budżetowo, na przetrwanie sezonu/x lat, w czasie których pojawi się nowa wersja/generacja. Technologia z kolei na tyle się rozwinęła, ze tanim sposobem możemy zapewnić sobie funkcjonalność i odrobinę luksusu, która wcześniej była niedostępna z wielu powodów: tutaj podał bym przykład mebli. Obecnie produkowanych ze sklejki, płyt mdf, wiórowych etc które nie wytrzymują próby czasu lub eksploatacji (dzieci, zwierzęta etc.) i w zasadzie są jednorazowe. Mało kto też wymaga od nich tej trwałości. Trendy/moda/dostępność i względna taniość oraz potrzeba zmian sprawiła, że obecnie łapiemy się na to co nowe, modne i na topie.
W międzyczasie polskie firmy nadrobiły dystans po nierównym starcie. Oczywiście te, które przetrwały... Powstało też wiele nowych, które zajęły nisze, znalazły swoich odbiorców i pomału rosną w siłę.
Nasza świadomość też się zmieniła. I miejmy nadzieję, że ten trend będzie wzmacniany wszelkimi możliwymi sposobami.



Sam staram się dawać dobry przykład, kupując np. polskie filtry marki Filtron :) Są może nieco droższe, ale na pewno lepsze. Chociaż auto francuskie (np. Opel Astra jest całkiem polskim samochodem, biorąc pod uwagę ile procent wartości produkcji zostaje u nas), a pozostałe asortymenty zapewne chińskie... to powoli ten trend się odwraca. Stołek z Pepco np. został zastąpiony w kuchni takim od rzemieślnika, z rynku.


czwartek, 30 marca 2017

Portal



Portal jest grą logiczno/przygodową typu FPP - tak bym określił jej definicję. Z naciskiem na logiczną :) Naszą jedyną bronią jest działo potrafiące tworzyć portal/portale, przez które przemieszczamy się po pełnych zadań logicznych komorach testowych. Przygotowanych przez sztuczną inteligencję, celem przetestowania naszej sprawności intelektualnej :)

Dostajemy to opakowane w przedni humor. Wyzwania przed nami stawiane są coraz trudniejsze, a w międzyczasie mamy szansę odkryć drugie dno naszej przygody.
To niepowtarzalna szansa stania się prawdziwym szczurem doświadczalnym! Czy taka rola będzie nam odpowiadać? I czy jest ucieczka z labiryntu kolejnych wyzwań? Wyzwanie czeka na każdego, kto odważy się je podjąć.
Dobra zabawa i niebanalna intryga czeka, aby ją odkryć.